fbpx

Wiedeń w jeden dzień

 

Wiedeń. Miasto, którego do tej pory nie docenialiśmy. Obierając kierunek na weekendowe wypady, przy stolicy Austrii zawsze padało hasło „kiedy indziej”. Jak wielki był to błąd dane nam było dowiedzieć się tuż przed majówką. Teraz nie pozostaje nic innego jak pokajać się i zachęcić innych do odwiedzenia tego niepozornego ( w naszym odczuciu) miasta.

Żeby dostać się do Wiednia, musieliśmy najpierw odwiedzić Katowice, co nie zmartwiło nas zupełnie, a przynajmniej mnie. Zdążyliśmy wypić piwo w jednym z typowo kibicowskich pubów i ruszyliśmy w stronę PKS-u, skąd odjeżdżał nasz autokar.
„Czwartek w Wiedniu lub Bratysławie” – pomyślało wielu, w związku z czym pojazd wypchany był po brzegi. Zupełnie niezrozumiała jest dla mnie praktyka Polskiego Busa, który sprzedaje bilety bez miejscówek – niemal zawsze kończy się to kłótnią na pokładzie. Tym razem również my doświadczyliśmy życzliwości współpasażerów – każdy chciał siedzieć koło okna i nie udało nam się usiąść razem. Mi w udziale przypadł sporych gabarytów jegomość, który niby przez sen niby na jawie starał się zająć także i moje miejsce, a do snu kołysał ludzi swym chrapaniem.

 

Wieczny optymista

 

Na miejsce dotarliśmy przed szóstą rano. Pierwsze kroki poczyniliśmy w stronę dworca i pobliskich łazienek. Szybka poranna toaleta, a następnie obowiązkowa kawa oraz spojrzenie na plan miasta. Zwiedzanie mieliśmy zacząć od placu Szczepana, na którym usytuowana jest zjawiskowa katedra, jednak przez przypadek natrafiliśmy na Belweder, więc korzystając z okazji udaliśmy się na spacer przylegającymi do niego ogrodami. Sam budynek? Bardzo, ale to bardzo okazały. Okalają go przepiękne kombinacje kwiatowe, fontanny oraz zielone labirynty. Idealne miejsce dla miłośników joggingu. 

 

Cud, miód, malina

 

Przez pierwsze godziny nie korzystaliśmy z metra, po prostu rozglądaliśmy się dookoła i widząc budynek/park/posąg wzbudzające nasze zainteresowanie, szliśmy w tamtym kierunku. Bardzo szybko trafiliśmy na Karlsplatz, gdzie cupnęliśmy nieopodal kościoła – św. Karola rzecz jasna – i zabraliśmy się za drugie śniadanie. Opuszczając plac, trafiliśmy na kolejny – Schwarzenbergplatz, na którym to stanął pomnik Radzieckiego Żołnierza Wyzwoliciela. W ten sposób oddano hołd żołnierzom biorącym udział w  tzw. operacji wiedeńskiej, która miała miejsce w ostatnim roku roku II wojny światowej. 

Ruszając przed siebie, co chwilę przystawaliśmy, ponieważ na każdym kroku napotykaliśmy gmachy, aż proszące się o odczytanie widniejących na ścianach tabliczek czy zrobienie zdjęć. Większość z nich była ambasadami. Dominowały wśród nich biel i złocenia, wiele rzeźb oraz kolumienek. Naszym ochom i achom nie było końca. Kto był, ten wie 😉

 

 

Schodząc do napotkanej stacji metra, zaopatrzyliśmy się w dobowe bilety, co standardowo jest najkorzystniejszą opcją, bo za 7,60€ mogliśmy jeździć do woli. Same stacje i rozkłady opisane są trochę gorzej niż w Rzymie czy Paryżu, ale z planem miasta w ręku i planem metra przed sobą da się to ogarnąć. Podczas naszych wypadów specjalistą od tego typu spraw jest Szkodnik, i trzeba przyznać, że ma świetną orientację w terenie.

Kolejnym punktem wycieczki stał się wspomniany już plac św. Szczepana. Z racji pisowni – St. Stephan – wiele osób uważa go za plac św. Stefana. Mimo dość wczesnej godziny napotykamy tłumy turystów. Zrobienie zdjęcia perełce architektury gotyckiej jest misją niemal niewykonalną. Cechą charakterystyczną katedry są surowe ściany, witraże oraz… kolorowe reflektory. Przy odrobinie szczęścia trafić można na magiczny widok przeplatających się barw. Ten, na który trafiliśmy my był mniej bajeczny, ale same wnętrza jednej z najstarszych austriackich świątyń zrobiły na nas ogromne wrażenie. Pierwsze co przyszło mi do głowy, kiedy weszłam do środka, to nominowana do Oscara animacja Tomasza Bagińskiego – https://www.youtube.com/watch?v=tPROKr2EfpM . Wejście do samego kościoła jest darmowe, za atrakcje typu wjazd windą na wieżę widokową trzeba zapłacić 5,50€. Zwiedzający mogą poruszać się głównie po lewej nawie, ale to naprawdę wystarcza, żeby poczuć klimat tej wyjątkowej świątyni. Wzrok przykuwała także instalacja umieszczona na środku, na którą składały się metalowe konstrukcje, na których z kolei przyczepione były małe, kwadratowe karteczki w białym kolorze. Podobno jest ich 50 000 i podobno każda z nich zawiera prośby wiernych.

 

Do takich świątyń aż chce się wracać!

 

Wokół placu, podobnie zresztą jak wokół innych zabytków bez przerwy krążą bryczki, przejażdżka jest jednym ze sposobów na podziwianie miasta, równie popularnym co wycieczka słynnymi piętrowymi autobusami. Nam tradycyjnie odpowiada piesza włóczęga, dzięki której można przystanąć, obejrzeć z bliska a nawet dotknąć interesujące nas obiekty. Z placu św. Szczepana trafiamy pod pomnik Jana Gutenberga, niedaleko którego zagłębiamy się w sieć małych, urokliwych uliczek. Nawet zwyczajny witryny sklepowe, czy szyldy składają się na oryginalny, wiedeński styl. Z wielu okien spogląda na nas tekturowy Mozart, reklamujący słodki symbol Austrii czyli marcepanowe kulki w czekoladzie. Ochoczo podjęliśmy się degustacji, a nawet małego eksperymentu. Kupiliśmy opakowanie liczące sobie osiem sztuk i drugie, bardziej eleganckie, w którym znajdowały się dwie praliny. Oba kosztowały tyle samo. Podstawowa różnica tkwiła w nadzieniu. Droższe w przeliczeniu na sztuki, miały w środku dużo więcej marcepana, a do polania użyto lepszej jakości czekolady.

 

Guten Appetit!

 

Wśród maleńkich sklepów natrafiliśmy na zakładzik specjalizujący się w bożonarodzeniowych cudeńkach oraz taki, w którym pierwsze skrzypce wiodły pluszowe misie. Co ciekawe, zabawki podtrzymywały kartki, na których wypisano hasła antywojenne i apelowano o ludzką życzliwość. Kolejną niespodzianką były „kioski słupowe”. Na wielu słupach mijanych po drodze znaleźć można foliowe torebki z umieszczonymi w środku gazetami. Każdy chcący zapoznać się z prasą, może sobie wziąć egzemplarz i wrzucić np. 0,50€ lub 1,00€, nie jest to jednak w żaden sposób wymuszane, chodzi tu raczej o obywatelską uczciwość. 

 

Zeszły jak świeże bułeczki 😉

 

Kolejny żelazny punkt na mapie Wiednia to Prater, jeden z najsłynniejszych w Europie parków rozrywki i nie tylko. Jego znakiem rozpoznawczym jest wzniesiony na przełomie 1896/1897 r. diabelski młyn. Wszyscy żądni ciekawych widoków na miasto, mogą podziwiać je z wysokości prawie 65 metrów. Wystarczy tylko zaopatrzyć się w wart 9 euro karnet i wsiąść do jednej z dwunastu kabin. W samym wesołym miasteczku każdy znajdzie coś dla siebie, a ci stroniący od nadmiaru wrażeń mogą złapać chwilę wytchnienia na ławce i cieszyć wzrok okolicznościami przyrody – zwłaszcza wiosną. 

Z barwnej dzielnicy przenieśliśmy się na tereny zamku Schönnbrunn – dawnej letniej rezydencji, której wnętrza zamieszkiwane były przez osobistości takie jak Maria Teresa, Franciszek Józef czy księżniczkę Sisi. Siedziba cesarskiej rodziny stworzona została w XVII wieku, a za panowania Marii Teresy nadano jej barokowy wystrój, który zachowany został do dzisiaj. O potężnych rozmiarach pałacu świadczy liczba jego komnat – 1441. W ogrodach okalających poszczególne budynki,natrafić można na labirynty, glorietę, palmiarnię a nawet zoo. Na porządne zwiedzenie wszystkiego potrzebne jest kilka godzin, których tym razem nie mieliśmy, ale przecież jeszcze tam wrócimy 😉

 

Tutaj Mozart koncertował, mając całe sześć lat

 

Zupełnie przypadkowo natrafiliśmy na Mariahilferstrasse, taki austriacki odpowiednik Krupówek, tylko ładniejszy. Spory odcinek ulicy jest zamknięty dla ruchu samochodowego, dziesiątki sklepowych witryn zachęcają przechodniów do najmniejszych nawet zakupów. Deptak słynie z bardzo często organizowanych w tej części miasta jarmarków. Na jeden z nich natknęliśmy się pod kościołem. Szybkie piwko, występ lokalnej orkiestry dętej i dalsza wędrówka uliczkami tętniącej życiem stolicy.

Głośna muzyka przywiodła nas pod okazały (a jakby inaczej!) budynek. Jak się okazało był to ratusz. Do neogotyckiego gmachu prowadzi alejka, na którą składają się posągi ważnych osobistości. Do placu ratuszowego przylega park, bardzo dobrze utrzymany. Tego typu ogrody spotkać można w Wiedniu na każdym kroku, ławki i krzesełka przyciągają wielu spacerowiczów, także i nas.

 

Siedziba zarządzających Wiedniem

 

Rozglądając się dookoła, straciliśmy już orientację w zabytkach, monumentach i uliczkach. A jeśli o uliczkach mowa to nie wypada pominąć Kegelgasse i Löwengasse, na których skrzyżowaniu stanął Dom Hundertwassera. Dzieło architektoniczne, którego nie sposób nie zauważyć. Ściany pokrywają wielobarwne „łaty”, mozaikowe wzory i roślinne elementy. Zwiedzanie wnętrz jest niemożliwe, bowiem mieści on prywatne mieszkania. W pobliżu kolorowego domu udaje nam się upolować kolejny kubek do kolekcji, a nawet zrobić sobie zdjęcie w budce telefonicznej, do złudzenia przypominającej te londyńskie.

 

Mieszkałabym!

 

 

Wieczór zwieńczyć mieliśmy pyszną kolacją, ale pogoń za bagażami i deszcz trochę pokrzyżowały nam plany. Wiedeń pożegnaliśmy w przydworcowym McDonaldsie. Udało nam się wywalczyć wspólne miejsca w autokarze i przyjmując w miarę wygodne pozycje ruszyliśmy w kierunku Katowic. 

Będąc już na PKP, skorzystaliśmy z pryszniców i przyglądaliśmy się rozkładom jazdy, debatując nad dalszym etapem podróży.  Ostatecznie kupiliśmy tzw. bilet podróżnika i postanowiliśmy wpaść do Poznania, żeby przepakować plecaki i uciąć sobie porządną drzemkę. Chyba żadne z nas nie spodziewało się, że będzie aż tak porządna 😉

Zaspaliśmy na nocny pociąg do Gdańska,  w związku z czym dalszą część majówki spędziliśmy na poznańskich i toruńskich rejonach.

Trasa Katowice – Poznań była dla nas dość emocjonująca, choć ci, którzy z usług PKP korzystają regularnie, mogliby stwierdzić, że to nic nadzwyczajnego. Dostaliśmy bilety bez miejscówek, ale idąc za przykładem kilkunastu innych osób zajęliśmy „tymczasowo” wolne siedzenia. Udało nam się dojechać aż do Gliwic, kiedy to na korytarzu rozległy się wrzaski pewnej pani, która nie przebierając w słowach oznajmiała, że przedział, a nawet cały wagon został przez nią zarezerwowany i mamy go opuścić w trybie natychmiastowym. Była to opiekunka 60-osobowej grupy niepełnosprawnych dzieci. Bardzo szybko wprowadziła je do pociągu, podobnie uczyniła jej koleżanka, wchodząc z drugiej strony, w związku z czym ludzie chcący wysiąść, nie mieli ku temu możliwości. Na nic zdawały się tłumaczenia, że chcemy wysiąść, jednak nie mamy jak. Bardzo szybko sprowadzono konduktora, który także postanowił rozwiązać sprawę krzykiem i nakazem opuszczenia wagonu. Przepychanki i wrzaski trwały dłuższą chwilę, aż jedna z wychowawczyń doznała olśnienia i postanowiła wycofać się z korytarza wraz z dziećmi, dzięki czemu mogliśmy zwolnić przedziały. Dalszą podróż spędziliśmy w sąsiedztwie toalety. Na kolejnym przystanku wsiadła para Cyganów, którzy nie posiadali biletów. Pani konduktor zareagowała natychmiast, wołając do pomocy kolegów. Od słów do czynów, panowie zaczęli szarpać się z mężczyzną, który nie miał zamiaru dobrowolnie opuścić składu. Jednak w pewnej chwili kierownik pociągu wpadł na pomysł, że oprócz zwykłej kary, nałożą na niego karę za opóźnienie, do którego doszło dzięki wspomnianej wyżej opiekunce. I tak też uczynili, a w odpowiedzi usłyszeli, że są rasistami.

 

No comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

x Close

Polub nas na Facebooku