fbpx

Mediolan- Henryk w europejskiej stolicy mody :)

 

Charakterystyczna melodyjka, wybijający się dźwięk akordeonu, powolne ruchy odpływającego promu – opuszczamy Juist i jego okropną jesienną aurę. Niemal całodniowe opady deszczu i porywisty wiatr zostają na wyspie. Październik to czas, kiedy jej rejony nawiedza Ostwind potrafiący porządnie zachwiać codziennym życiem mieszkańców. Promy czasem grzęzną na środku morza, samoloty nie latają, wychylanie nosa z hotelu nie jest wówczas najlepszym pomysłem – wiatr używa sobie do woli. My jednak zmierzamy w kierunku słońca, dosłownie 😉

 

Witamy w Szwajcarii 🙂

 

Pierwszy etap podróży to półtorej godziny promem, później kilka godzin w Bremen, którego starówka urzekła nas już parę lat temu. Krótka wizyta w Hamburgu i zakończona sukcesem próba odnalezienia najlepszego „kebsa” w mieście (główny dworzec kolejowy, tam, gdzie serwują też kurczaki z rożna). 

Z portowego miasta już prościutko do Mediolanu. Dlaczego nie samolot? Dobre pytanie! Powiedzmy, że przegapiliśmy termin ze znośną ceną i wdrożyliśmy system oszczędzania. Trasa przez Niemcy zdawała się być niekończącą. Kilkakrotnie pożałowaliśmy, że zamiast lotu wybraliśmy autokar. Chętnych na przejażdżkę tego dnia nie brakowało, poza tym doskonale wiedzieliśmy, że lot to 2 godziny a przejazd jakieś 17. Przebudzając się co jakiś czas oczekiwaliśmy jakiegokolwiek sygnału, że tereny Niemiec zostały już za nami, ale trochę przyszło nam na to poczekać. Kiedy jednak za oknem zobaczyliśmy wielkie jezioro, które przez dłuższy czas tworzyło oglądany przez nas krajobraz, minęła cała złość. Oto przed nami jezioro Bodeńskie! Skąd entuzjazm? Wklepcie nazwę w google i szukajcie zdjęć 😉 

Potem było już tylko lepiej, bo nareszcie dotarliśmy do Szwajcarii. To, co zobaczyliśmy, tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że piękny to kraj. Z samolotu takich obrazków na bank nie zobaczycie ;D Każdy wyjazd z tunelu, których na trasie mieliśmy mnóstwo, wiązał się z cichym lub mniej cichym O WOW/O CHOLERA/GE-NIAL-NE.
 
Czas zacząć szukać pracy w Szwajcarii 😉

 

Nasza mediolańska kwatera położona była w rejonach stadionu San Siro, co oznacza bardziej obrzeża niż centrum, ale od czego jest metro! Jak tylko doprowadziliśmy się do ładu ruszyliśmy robić to, co we Włoszech robić powinien każdy – ucztować;D Idąc za radą weekendowi.pl odszukaliśmy rodzinną knajpkę Trattoria La Malgolfa i z tego miejsca za ten kierunkowskaz dziękujemy! Objadaliśmy się tam przez 3 dni. Restauracja trochę na uboczu, bez przepychu i nadęcia, ale kuchnia mistrzowska. Nie wspominając o porcjach, czekadełkach i niskich cenach. Jeśli jeszcze nigdy nie byliście we Włoszech, nie zdziwcie się, kiedy do Waszego rachunku w restauracji zostanie doliczonych parę euro za miejsce przy stole, czyli tzw. coperto. Zazwyczaj 1-2 euro od osoby 😉

 

ulica nie zna litości!

 

Patrząc po przewodnikach i własnym doświadczeniu, w Mediolanie królowa jest jedna – katedra Duomo. Wychodząc ze stacji metra o takiej samej nazwie tj. Duomo praktycznie wpadacie na plac Duomo oczywiście. Pierwsze takie spotkanie jest naprawdę całkiem imponujące. A później powszechny obrazek: tłumy turystów, sprzedawcy selfie sticków, masa gołębi i ciemnoskórych biznesmenów. Ci, podobnie jak spotkani przez nas w Paryżu panowie, lubują się w sprzedaży sznurków na rękę. Kto nadział się raz, teraz spieprza na sam widok muliny, którą dosłownie rzucają ludziom na ramiona, ręce itd. 

 

Wszyscy mają foty, mamy i my!

 

Jak Duomo to i Galeria Wiktora Emanuela II. Tam też nie ma lipy. Znaczy zdarza się, bo to co zobaczyć można czasem na manekinach bywa komiczne. Ale takie prawa mody, zwłaszcza tej promowanej w Mediolanie. Wnętrza galerii przypominają te spotykane w bogato zdobionych kościołach. Liczne freski, kopuły, mozaiki na podłodze i przeszklony sufit. Nic dziwnego, że wiele młodych par decyduje się na sesję ślubną także w tym miejscu. Wieczorową porą, w blasku witryn i kulistych lamp galeria nabiera uroku.
Jeśli zobaczycie tłum ludzi otaczających jedną osobę, robiących jej zdjęcia i śmiejących się w głos, oznacza to, że trafiliście na słynną mozaikę z bykiem. Cały myk z nim związany polega na tym, że w miejscu, w którym powinny być jego jądra, wydrążona została dziura. Chcąc zapewnić sobie szczęście należy wsadzić w nią piętę i pookręcać się kilkakrotnie wokół zwierzęcia, akcentując koniec zabawy ruchem przypominającym miażdżenie jąder butem. Wygląda komicznie, czy działa to się dopiero okaże 😉

 

Ktoś na zakupy :)?
Żeby sobie zdjęcia na dworcu nie zrobić :)?
Mediolan w pigułce!

 

Italia ma to do siebie, że po każdym dłuższym spacerze, jakiejś mniejszej lub większej misji zakończonej sukcesem, przychodzi chęć nagrodzenia samego siebie. Jakimś dobrym deserem oczywiście ;D Jeśli najdzie Was ochota po tym, jak obejrzycie Duomo, polecamy lodziarnię Odeon – spory wybór smaków, jeszcze większe porcje a przede wszystkim bardzo dobre! Mają też kilka propozycji dla wegan, ponadto serwują sorbety i koktajle na bazie mleka i wybranych przez klienta lodów. 

 

Znalazłaś/łeś byka? Czas na nagrodę!

 

Naszym ulubionym miejscem szybko stały się uliczki w dzielnicy Porta Genova, będące trochę przedsmakiem Wenecji. Kilka kładek i kanałów prowadziło w może mniej luksusowe, ale z pewnością barwne zakątki miasta, stanowiące równocześnie wylęgarnię tanich knajpek. Niezależnie od wieku, Włosi uwielbiają ucztować i widać to na każdym kroku. Bez względu na dzień tygodnia bary i restauracje niemal zawsze pękają w szwach. Jako, że lubimy podążać za lokalnymi zwyczajami, folgowaliśmy sobie do woli. 

 

Grunt to reklama! Carrefour zapewnia, że zakupy dostarczy prosto do domu 😉
Ten to zawsze gdzieś się wlepi 🙂
I wieczorna odsłona 🙂

 

Nie udało się uczcić niestety największej misji, którą były poszukiwania stroju kąpielowego. Że niby już po sezonie czy coś. Ale łażąc od sklepu do sklepu natknęliśmy się na Zamek Sforzów oraz rozpościerający się za nim spory park Sempione, na którego tyłach (z naszej perspektywy był to tył;)) znajduje się łuk triumfalny. Wśród ozdobnych klombów prym wiodły jaszczurki, całe chmary małych stworzonek, które były zapowiedzią tego, co czekało na nas, a najbardziej na mnie na Madagaskarze. 

 

Heniek ma syndrom napoleoński, lubuje się w łukach 😉

 

Jednego z wieczorów złapaliśmy bakcyla zakupowego. Tak dużo czasu na wspólnym shoppingu nie spędziliśmy chyba nigdy 😉 Zaskoczeniem dnia okazał się outlet ze … słodyczami. Trochę to wszystko naciągane, bo niektóre ze słodkości znaliśmy już wcześniej, więc od razu wyczuliśmy zawyżone ceny. Mimo wszystko warto zajrzeć, a nuż na coś się skusicie. 

 

Sklepy prześcigają się w "dekoracjach"

Wielokrotne wizyty w Porta Genova okazały się strzałem w 10-tkę, bo w czasie weekendu natknęliśmy się na jarmark z żywnością i kwiatami. Ogromne dynie, mosty przystrojone roślinami, miody, SERY, wina, słodkości – czyli wszystko co na jarmarku być powinno. W widowiskowy sposób porcjowano parmezan do małych papierowych rożków. Pan z wielkim nożem obracał nim po powierzchni całego sera, otrzymując w ten sposób listki włoskiego przysmaku. Ale to było dobre!

Często trafić można też na pchli targ, a na nim szwarc, mydło i powidło. Używane rzeczy w świetnym stanie, sprzęt po przejściach, znoszone ubrania, maskotki, buty, nowa biżuteria itd.

znaleziona na stoisku kolekcja sław;)
A co to z tego wyrośnie :)?
Omnomnom:)

 

Jeśli tylko będziecie mieli możliwość, wybierzcie się w rejony głównego dworca kolejowego. To kolejna perełka miasta, która na pierwszy rzut oka uderza przepychem. Ogromny, strzelisty budynek w typowo rzymskim stylu. O tym, że jesteście na dworcu nie w muzeum przypomną Wam tłumy podróżnych z walizkami i plecakami. 

 

a to stróż naszej mediolańskiej dzielni 😉
No comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

x Close

Polub nas na Facebooku