fbpx

Mała podróż w czasie czyli Henryk we Lwowie

 

Po raz pierwszy i zdecydowanie po raz ostatni wybraliśmy się do Lwowa komunikacją publiczną (bullshit!:))Na początku czerwca mieliśmy okazję skorzystać ze wszelkich znalezionych w Internecie wskazówek, dotyczących dotarcia do wschodnich sąsiadów, przy okazji weryfikując niektóre z nich. Najważniejszym punktem na trasie był Przemyśl, patrząc na sieć polskich kolei – koniec świata, a już na pewno Polski. Podróż z samej tylko Warszawy zajęła nam 9 godzin. W Przemyślu dokonaliśmy pierwszego zakupu hrywien, skromnie – wymieniliśmy tylko 20 złotych, bo każdy odwiedzający ukraińskie rejony nakłaniał do dokonania tej operacji po przekroczeniu granicy. W naszym przypadku sytuacja przedstawiała się odwrotnie niż u wyżej wspomnianych, to w Polsce oferowano korzystniejszą stawkę, ale odkryliśmy to dopiero w samym Lwowie. Na marginesie, nasza złotóweczka warta była wówczas 5,4 hrywien. Drugim etapem wycieczki było znalezienie busików kursujących do Medyki, czyli w kierunku granicy polsko -ukraińskiej. Stoją one tuż przy przystanku PKS i są całkiem dobrze oznaczone. Nie, nie istnieje coś takiego jak rozkład jazdy. Pojazd rusza w chwili, kiedy kierowca stwierdzi, że już żodyn się nie zmieści. Podróżni to albo polscy turyści żądni wrażeń albo obywatele ukraińscy obładowani tobołkami z przeróżnymi fantami przeznaczonymi na sprzedaż lub do użytku własnego. Opłata wynosi w zależności od wielkości bagażu 2 lub 3 złote. W samej Medyce należy podążać za tłumem, pokazać paszport, który jest konieczny do przekroczenia granicy i ponownie podążać za tłumem. Doprowadzi on nas do placu, z którego odjeżdżają cudaczne wehikuły m.in. w stronę Lwowa. Ta trasa to koszt ok. 36 hrywien za osobę. Warto uzbroić się w cierpliwość i co by się nie działo po prostu kontemplować widoki za oknem.

 

Napieramy!

„Zaledwie” dwie godziny wystarczą, żeby bus wtoczył się na lwowski dworzec. Do reprezentatywnego budynku, wzniesionego na przełomie XIX i XX wieku, przylega placyk z taksówkami i busami. Na dworcu jest przechowalnia bagażu, są toalety (nie ma co liczyć na muszlę klozetową – dziura i wiaderko to max.), jest też poczekania, ale żeby sobie w niej usiąść trzeba najpierw zapłacić, osobno płaci się także za korzystanie z dobrodziejstwa zwanego siecią wifi.

Dworzec na bogato, szkoda, że tylko z zewnątrz

 

Wyprawa na Ukrainę była szczytem naszego niezorganizowania, a wszechobecna cyrylica nie ułatwiała sprawy. Dosyć długo błądziliśmy, szukając hotelu o dźwięcznej nazwie Deluxe Kupava. Dopiero na miejscu przypomnieliśmy sobie o zmianie strefy czasowej – opuszczając Polskę należy przestawić zegarki o godzinę do przodu. Nasz apartament wynagrodził nam cały trud podróży. Dzięki korzystnemu dla nas przelicznikowi mogliśmy poczuć się niemal jak bohaterowie„Eurotripu, którzy omyłkowo trafili do Bratysławy.

 

Sir Henryk na salonach

 

Opuszczając pokój, nie spodziewaliśmy się, że zmarnujemy tak dużo czasu na poszukiwanie samego Starego Miasta. Nazwy ulic zapisane ulubionym alfabetem Szkodnika i niedokładne mapy szybko dały nam się we znaki. Na szczęście niemal każda zaczepiona przez nas osoba mówiła po polsku i służyła radą. Ochoczo korzystaliśmy z maszrutek – płacąc 4 hrywny jedziesz tak daleko, jak Ci się podoba. Mnie bardzo spodobało się wydawanie reszty przez kierowcę. Mimo, że do pojazdu wchodzą tłumy, każdy uczciwie przekazuje w stronę prowadzącego banknot o wartości pięciu hrywien, wówczas ten puszcza w obieg resztę, czyli niebiesko-żółtą hrywnę i ludzie podają ją sobie z ręki do ręki. W efekcie, w powietrzu wciąż wędrują kolorowe papierki.

 

 

Naszą listę „must see in Lviv” tworzyłam naprędce, dwie godziny przed opuszczeniem Poznania. Niby wiedzieliśmy co chcemy koniecznie zobaczyć, ale i tak najchętniej zanurzaliśmy się w plątaninie małych uliczek zachęcających a to fikuśnym budynkiem, ciekawym muralem a to nietypowymi zdobieniami domów, sklepów etc. Jak już udało nam się trafić do centrum mieściny, głównym celem była Puzata chata – miejsce polecane chyba najczęściej jako tania i dobra jadłodajnia. Ceny rzeczywiście przyzwoite, z jakością bywało różnie. Nie ma karty dań, jest kilkanaście potraw/przekąsek/deserów do wyboru. Panie nakładają wszystko, co wskażemy placem, po czym płacimy rachunek, który uprawnia nas do zajęcia miejsca przy stoliku. Niemal za każdym razem braliśmy pierogi, Szkodnik nie potrafił pogardzić solanką, mimo że aktualnie zamawianie tej rosyjskiej zupy uznawane jest za nietakt, ochoczo próbowaliśmy też ukraińskich browarów. Za 10-15 złotych można urządzić sobie niezłą ucztę, ale trzeba liczyć się z tym, że niektóre dania mogą być np. zimne, za co dajemy spory minus. 

 

 

We Lwowie właśnie, po raz pierwszy przekroczyliśmy progi informacji turystycznej. To dzięki pracującej tam dziewczynie, złapaliśmy jako taką orientację w terenie i ruszyliśmy na spotkanie starówki dość już nadgryzionej zębem czasu.
Bardzo często spotykam się z określaniem Lwowa jako „bratem” Krakowa. Osobiście stronię od takich porównań. Kraków jest magicznym Krakowem, a Lwów klimatycznym Lwowem i tyle. Spacerując lwowskimi ulicami nie marnowaliśmy czasu na wyszukiwanie ewentualnych podobieństw – zwłaszcza, że na włóczęgę mieliśmy tylko jeden dzień. O tym jak bardzo poniosła nas fantazja związana z czasem przeznaczonym na zwiedzanie, dowiedzieliśmy się po wejściu na taras widokowy, usytuowany na ratuszowej wieży. Za 10 hrywien mogliśmy napawać oczyska i pluć sobie w brody, bo z góry każdy zakątek wyglądał na wart odwiedzenia. Otrzeźwiło nas bicie dzwonów, bowiem wdrapaliśmy się tam chwile przed osiemnastą. Kiedy Szkodnik oswoił się już z planem miasta a ja wypowiedziałam magiczne „Przecież tu wrócimy!” ruszyliśmy na poszukiwanie katedry ormiańskiej (zamknięta na cztery spusty) i mojego osobistego number one czyli Kasyna Szlacheckiego. W internetach pisali, że dając łapówkę panu stróżowi można sobie obejrzeć niesamowite wnętrza także wieczorową porą. Chyba zrobiliśmy coś nie tak, może powinniśmy zacząć od machania plikiem hrywien, w każdym razie napotkany na dziedzińcu starszy pan zaczął wrzeszczeć, że mamy się wynosić, że jest zawarte, a tak w ogóle to to jest Dom Uczonych a nie jakieś kasyno. Był dość nieprzyjemny, dookoła zebrały się ciekawskie baby, więc pomstując w duchu opuściliśmy tenże teren z mocnym postanowieniem, że wrócimy dnia następnego.

 

Zdjęcie to nic, to trzeba zobaczyć!

 

Pocieszeniem po nieudolnej próbie proponowania łapówki była wizyta w Domu Legend. Część kamienicy zaadaptowana została pod kilkupoziomową knajpę. Składa się ona z licznych pomieszczeń, każde stylizowane na inne wnętrze np. łodzi podwodnej, pokój tortur czy starą bibliotekę. Dwa ostatnie piętra to tarasy, z których można podziwiać sporą część miasta. A na samym szczycie znajduje się…. trabant. Można do niego oczywiście wleźć i co ciekawe ma on polskie tablice rejestracyjne. Wśród obsługi prym wiodą karły odziane w iście hobbitowskie stroje. Przed wejściem do budynku krąży pan kominiarz, który opowiada swoim słuchaczom wybrane legendy. Zdecydowanie jest to miejsce godne polecenia. Spędzamy w nim więc dobrą godzinkę i próbujemy w miarę sprawnie przedostać się do hotelu. Błądzimy. Długo. Czas umilamy sobie wizytami w monopolowych i poszukiwaniem półsłodkiego wina. Po raz kolejny pokonuje nas cyrylica i decydujemy się na napój chmielowy. W jednym ze sklepów zauważyłam dziesięciolitrowe baniaki z winem, które sprzedawane jest w plastikowych kubkach 😉 Mimo późnej pory, w recepcji czeka na nas pracownica hotelu. Otrzymaliśmy apartament małżeński, w którym następnego dnia z rana miała odbyć się sesja ślubna, co trochę psuło szyki zarówno nam jak i młodej parze. Zgodziliśmy się na zamianę pokoi, otrzymując w efekcie jeszcze większy, z tymże nowoczesny, bez muzealnej stylóweczki.

 

Drugi dzień na ukraińskich rejonach rozpoczęliśmy ponowną wizytą na dworcu, płacąc grosze, pozbyliśmy się na kilka godzin plecaków i ruszyliśmy w stronę dawnego kasyna, czy jak kto woli Domu Uczonych. Rozważaliśmy opcję przedłużenia pobytu o jeszcze jeden nocleg, ale ostatecznie postanowiliśmy do 21:00 zobaczyć jak najwięcej i rozpocząć drogę powrotną, żeby uniknąć tłoków – wszak trwał długi weekend.
Na dziedzińcu nie zastaliśmy pana stróża, za to inny pan pokierował nas do kasy biletowej i jak na uczciwych turystów przystało, dzierżąc przepustki w dłoniach, pokonaliśmy schodki prowadzące do pięknie stylizowanych wnętrz. Na tych schodkach przyszło nam koczować dobre pół godziny, bowiem w najlepsze trwała sesja ślubna, a po niej kolejna i jeszcze jedna. Młodych par wciąż przybywało, dlatego też omijając je w miarę szerokim łukiem, rozpoczęliśmy oględziny wystawnych sal. Największe wrażenie zrobiły na mnie drewniane schody, przy których te z „Titanica” to pikuś. Co jakiś czas posykiwaliśmy na świeżo upieczonych małżonków i vice versa, jak się domyślam. Heniek, jak to Heniek wyłożył się na schodach i nie interesowało go nic ani nikt inny.

 

 

Musieliśmy go jednak zapakować w niebieską torbę i ruszyć dalej, bo czas naglił nas bardzo. Numeracja maszrutek i ich trasy są tajemnicą chyba także dla samych kierowców. Jeżdżenie nimi to dobra opcja na poznawanie miasta w ciemno, podobnie jest w przypadku trolejbusów. Nam spieszno było na Cmentarz

 

Jest i on! - kasownik

 

Nie wiem, czy ładny, nie jest czasem zbyt niefortunnym określeniem dla cmentarza, ale Łyczakowski właśnie taki jest – ładny, nawet bardzo. Nekropolia powstała w XVIII wieku zaskakuje różnorodnością pomników, grobowców, rzeźb, kaplic, obelisków i ozdób roślinnych. Punktem obowiązkowym jest oczywiście część wojskowa, zwana Cmentarzem Orląt Lwowskich, na której hołd złożyć można Polakom poległym w walkach m.in. o Lwów.

 

 

W ciągu ostatnich godzin zażywaliśmy kąpieli słonecznej, spacerując po skwerze Szewczenki, podziwiając gmach opery, pomnik Mickiewicza, czy stare kamienice. Kilkakrotnie zmierzyliśmy się też z ukraińskim handlem ulicznym. Pozwolenie na handel? Wykupione miejsce? Na co to komu. Jak masz coś do sprzedania, wystarczy kocyk, eksponujesz na nim towar i zachęcasz miłą gadką. Wygląda na to, że mieszkańcy Lwowa, ci mniej zamożni oczywiście, lubują się w mini targowiskach. Kupić można dosłownie wszystko, stare, zużyte wręcz ubrania i buty, zabawki, monety, pobite kubki, długopisy, najświeższe (jeszcze z piórami) kury, warzywa i owoce. Starsze panie w barwnych chustkach na głowie, stoją w rządku i podtykają przechodniom pod nos jednorazówki wypełnione swojskim twarogiem. Dookoła kręcą się psy i koty, gdzieś w kącie dogorywa pan bez nóg, którego kikuty owinięte są brudnymi reklamówkami. Biznes kwitnie od rana do późnego południa. Ulicami wloką się nieznane nam marki samochodów. Wygląd sugeruje, że są już bardzo wysłużone.

 

Biznes goni biznes

Nasza wizyta na Ukrainie zbiegła się z walkami zbrojnymi we wschodniej części kraju. W samym Lwowie nie odczuwamy za bardzo, że gdzieś tam po drugiej stronie obywatele przelewają swoją krew. Najbardziej powszechną pamiątką jest papier toaletowy z wizerunkiem Putina, przy pomniku Szewczenki stoi ostrzelane auto terenowe, a prowadzącymi tramwaje są przede wszystkim kobiety. Jednak życie w mieście toczy się na pozór zwyczajnie. Młodzi imprezują w parkach, na balkonie jednej z kamienic ktoś daje popis swych wokalnych możliwości, na każdym kroku spotykamy nowożeńców, nie brakuje też turystów. Knajpy i restauracje pękają w szwach zarówno w ciągu dnia, jak i wieczorami. Skoro o restauracji już mowa, udaje nam się zjeść przepyszne pielmienie, malutkie, polane stopionym masłem.

 

Omnomnom

 

W czasie kiedy pokonywaliśmy miasto wzdłuż i wszerz, Henryk w tajemniczych okolicznościach dorobił się ceglastej plamy na „pyzie”. Nie pomogły nawilżone chusteczki, więc zwracał na siebie jeszcze większą niż zazwyczaj uwagę przechodniów. Wbrew naszym przewidywaniom, wyrobiliśmy się całkiem dobrze w czasie, na „dworcu” okazało się, że została nam ponad godzina do odjazdu ostatniej maszrutki, która zmierzała w stronę granicy. Jednogłośnie postanowiliśmy przejechać się po raz ostatni tramwajem i leniwie obserwować obrazki z życia mieszkańców. Kiedy się ocknęliśmy i spojrzeliśmy na zegarek, szanse na to, że zdążymy na busik powrotny były minimalne. Chyba nawet śmignął nam przed oczami, kilkanaście metrów od dworca. W ten oto sposób jednak musieliśmy wydłużyć swój pobyt u sąsiadów. Tnąc koszta, wynajęliśmy pokój w jakiejś norze, niby nie tak daleko od centrum (a jednak!). Ostatnie godziny uciekły nam na szukaniu piwa i hostelu. I z jednym i z drugim mieliśmy problem. W pewnym markecie, zadowolona z siebie wypakowałam z koszyka butelki „Starego Mista” na taśmę i odliczałam ostatnie hrywny. Wówczas pani kasjerka zabrała piwo i powiedziała, że nie ma takiego picia po 22:00 …
Kiedy dotarliśmy pod naszą noclegownię, pogratulowałam sobie zabrania własnego ręcznika i japonek. Zdaniem Szkodnika zawartość mini barka kosztowała więcej niż wyposażenie całego pokoju i łazienki.

 

Heniek, jak i gdzie?

 

W niedzielę z rana byliśmy pierwszymi z klientów „Puzatej chaty”, ostatnie pierogi i przeprawa na dworzec. Żółty pojazd bardzo szybko napełniał się pasażerami, mnie przypadło nawet miejsce siedzące, Szkodnik został zaproszony przez kierowcą na zydelek koło skrzyni biegów i po jakichś 20 minutach ruszyliśmy. Skwar i duchota, rozklekotany pojazd i kierowca, któremu wydaje się, że auto jest z gumy i pomieści wszystkich chętnych na przejażdżkę. Usilnie próbowałam usnąć, objuczona tobołami i Heńkiem, którego futro nie jest zaletą przy temp. 35 stopni. Granicę pokonaliśmy dosyć sprawnie, aż za sprawnie, dlatego też na transport do Przemyśla czekaliśmy jakieś dwie godziny. Po raz pierwszy miałam styczność z tzw. mrówkami, czyli drobnymi przemytnikami. Byli to zazwyczaj starsi ludzie, którzy sprzedawali papierosy i alkohol, mimo tego, że podwajali cenę, dla Polaków i tak była to okazja. Kilka kursów dziennie i na co komu stała posada. Busiki pojawiały się tak rzadko, a ludzi oczekujących przybywało tak wielu, że postanowiliśmy dołączyć się do ekipy zamawiającej taksówkę. Genialny pomysł spalił na panewce, taksówkarz pomylił klientów, a później zbywał nas, mówiąc, że przecież kursują maszrutki, więc na cholerę nam taksówka – prawdziwy człowiek interesu. Ostatecznie przyjechał po nas, a nawet nas oszukał na kilka złotych, ale udało się dotrzeć na przemyski dworzec. Jako, że była to niedziela wieńcząca długi weekend, nie mieliśmy najmniejszych szans na miejscówki siedzące, wzięliśmy co było i ruszyliśmy w drogę. Trochę tkwiliśmy w szczerym polu, nie tak trochę czekaliśmy na podłączenie dodatkowych wagonów (bo kto by się spodziewał, że tyle osób będzie wracać pociągami do domów), czas umilałam nam młoda matka karmiąca dziecko nie wpadając na pomysł, że wypadałoby się czymś zasłonić (tutaj apel do ewentualnych matek → płacąc za bilet, chcę przedostać się z puntu A do puntu B, rytuał karmienia nie interesuje mnie totalnie).

 

Dom Legend!
No comments
Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

x Close

Polub nas na Facebooku