fbpx

Maeklong Railway Market

 

 

Odsuńcie się! Jedzie! Grupka turystów wciąż przechadzając się torami, szuka najlepszej pozycji do zrobienia zdjęcia. Pociąg zwalnia i powolutku sunie po wąskich torach. Euforia, jak na placu św. Piotra w czasie powszechnej audiencji. Z obu stron ludzie z telefonami w ręku. Ich oczy wyrażają radość i niedowierzanie. Pasażerowie nie chcą być gorsi, przez otwarte okna wystawiają aparaty fotograficzne i kije do selfie. Pociąg dobija na metę. Sprzedawcy, dla których to chleb powszedni, opuszczają z powrotem ceratowe dachy swoich stoisk. W czasie kiedy my opuszczamy wagon, oni porządkują swoje towary, ustawiając je z powrotem bliżej torów.
Po krótkiej chwili, razem z tłumem ruszamy na spacer po Maeklong Railway Market.
Jak dotrzeć tam na własną rękę i czy w ogóle warto?

 

Po pierwsze odpuśćcie sobie agencje turystyczne i prywatnych przewoźników. Po drugie, wystartujecie z Bangkoku. Po trzecie zadbajcie o zapas czasu. Mimo, że odcinek, jaki macie do pokonania to ok. 80 km, trasa jest dość złożona i może Wam trochę zająć, jednak Wasz portfel praktycznie jej nie odczuje 😉

 

 

​Dość istotna informacja – pociąg, w który musicie wsiąść w Bangkoku NIE odjeżdża z dworca kolejowego Hua Lamphong. W ramach poznawania topografii miasta, musicie dostać się na maleńką stację Wongwian Yai. Dociera na nią m.in. autobus nr 3 odjeżdżający z okolic Świątyni Złotego Buddy, zlokalizowanej w chińskiej dzielnicy.

 

 

 

​Cel podróży to Mahachai. Miasteczko słynie z rybnego targu, który będziecie mieli okazję obejrzeć (i poczuć) w drodze na prom przewożący ludzi na drugą stronę rzeki. Odnajdziecie się bez większego problemu, a w razie jakichkolwiek wątpliwości, sprzedawcy służą wskazówkami.

 

Przeprawa promem do Ban Laem trwa dosłownie chwilę. Spotkacie tam przede wszystkim społeczność lokalną, która wraca do domów z zakupami lub dopiero się na nie wybiera. Mieszkańcy często wjeżdżają na pokład na swoich skuterach, ale jak to w Azji, miejsca starcza dla wszystkich 😉

 

W Ban Laem, podążając za znakiem, udajcie się na stację kolejową, z której odjeżdża TEN właściwy pociąg. Po drodze miniecie barwną świątynię i kilka małych hurtowni oferujących przysmaki z suszonych ryb. Zapach i wygląd nie wzbudza mojego zaufania, ale amatorów tego rodzaju przekąsek nie brakuje. Przy końcu drogi, po lewej stronie znajdziecie budynek z toaletami. Dochodząc do torów należy skręcić w prawą stronę. Nam na drodze stanęły trzy prosiaki. Jak się okazało, ich „domostwo” mieściło się tuz przy peronie, więc to my wleźliśmy na ich teren ;D

 

 

Przy kasie okazało się, że mamy całkiem spory zapas czasu. Pociąg (informacja z 2017 roku) kursuje cztery razy dziennie, dlatego istotne jest, żeby wstrzelić się w odpowiednią godzinę. Zwłaszcza, że trzeba jakoś stamtąd wrócić. Nam pasowała opcja o 13:30, oznaczała jednak prawie dwie godziny oczekiwania na odjazd. Korzystając z okazji, wróciłam do centralnej części miasteczka po przepyszną mrożoną herbatę i zapas wody.
Mały wózek obłożony z każdej strony słoikami, pojemnikami i butelkami. W centralnej części blender i uśmiechnięta starsza pani. W pierwszej chwili kompletnie nie rozumie tego co do niej mówię. W ruch idą ręce, kilka gestów i wszystko jasne! 😉 Po chwili zadowolona maszeruję z powrotem na stację, niosąc dwa wielkie kubki chłodzącego napoju.
​Pociąg podstawiony został na tory dużo szybciej, dlatego każdy miał czas na zajęcie najlepszego dla siebie miejsca.

Kolejowy pojazd może nie osiąga zawrotnej prędkości, ale wszystko wynagradzają widoki, które podziwiać można z otwartych okien. Wioski mniejsze i większe, pola ryżowe, majaczące w oddali posągi Buddy, mnóstwo zieleni i stawów.

 

Im bliżej celu, tym większe ożywienie w wagonach, których pasażerowie do tej pory byli raczej senni. Niemal wszyscy gromadzą się przy oknach, żeby przypadkiem nic nie umknęło ich uwadze. W ruch idą teleskopowe kije do selfie i obiektywy aparatów. Na przyjazd pociągu oczekuje spory tłum. Przed chwilą obserwowali, jak sprzedawcy zwężają swoje stoiska i składają dachy chroniące od słońca i deszczu. Teraz wesoło machają w kierunku przyjezdnych. Za jakiś czas zajmą ich miejsce, jeszcze tylko ostatnie zdjęcie.

 

Mimo, że na Maeklong Railway Market dotarliśmy z całym swoim bagażem,przeciskając się wśród licznych turystów, byliśmy bardzo zadowoleni, że zdecydowaliśmy się tam dotrzeć. Większy plecak zostawiliśmy w budynku stacji, więc dzięki uprzejmości tamtejszych pracowników mogliśmy przechadzać się w tę i z powrotem do woli.
Główną atrakcją jest oczywiście pociąg przejeżdżający przez środek targowiska, ale i na straganach można doszukać się ciekawych towarów i tajskich smakołyków. Spodziewaliśmy się, że tradycyjnie ze względu na popularność i tłumy odwiedzających, ceny będą nieco zawyżone, ale nic z tych rzeczy! Ubrania, owoce, desery, tajskie srebro – wszystko kosztuje tyle, ile na zwyczajnym bazarku w Bangkoku. Mało tego, świeżą wodę prosto z kokosa można kupić za jedyne 25 THB!

 

 

Gdy oboje doszliśmy do wniosku, że nacieszyliśmy już wszystkie zmysły, odebraliśmy bagaże i ruszyliśmy w kierunku miasta, żeby podpytać o lokalny transport do kolejnego punktu na naszej mapie. Okazało się, że mimo iż odległość znowu nie przekracza nawet 100 kilometrów, ciężko o bezpośrednie połączenie. Próby łapania stopa spełzły na niczym, ale przy pomocy kierowców udało nam się dotrzeć do miejsca, w którym zatrzymują się minivany jadące m.in. przez interesującą nas wówczas prowincję Phetchaburi.

 

 

Podsumowując, nam sam market jak i cała przeprawa związana z dotarciem na niego, przypadła do gustu. Nie jest to oczywiście atrakcja, do której będziemy wracać przy każdym kolejnym pobycie w Bangkoku, ale chętnie tam kogoś zabierzemy „przy okazji” ! 😉

No comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

x Close

Polub nas na Facebooku