fbpx

Langkawi-Jak przywitała nas Malezja?

Po kawce i w drogę 🙂

 

Ostatnia mrożona kawusia po stronie tajskiej i ruszamy w kierunku Malezji!

W Hat Yai wsiadamy w busika, który zawozi nas na granicę w Pedang Besar. Jest zapakowany po brzegi, jednak nikomu to zbytnio nie przeszkadza. Gorączka panująca na zewnątrz sprawia, że większość pasażerów zasypia w mgnienia oku.  

 

W pewnym momencie pojazd zatrzymuje się na drodze, a kierowca wołając i machając w naszym kierunku, daje znak, że jesteśmy na miejscu. Szybko zbieramy swój dobytek i lekko zdezorientowani szukamy przejścia granicznego. Po chwili przechodzimy kontrolę i dostajemy pieczątkę, która upoważnia nas do 30-dniowego pobytu na terenie kraju. Niepewnym krokiem ruszamy przed siebie. Nie bardzo wiemy, w którym kierunku iść, a na horyzoncie nie ma żadnych tablic informacyjnych. Tradycyjną metodą „na czuja” dochodzimy do kilku kiosków z telefonami. Ku naszemu zaskoczeniu, nigdzie nie znajdujemy kantoru, co trochę komplikuje sprawę, bo w Malezji obowiązują riggity, których w naszych portfelach brak.

Jest jednak bank, więc potrzebną na start kwotę wybieramy z bankomatu. Kolejnym krokiem jest zakup karty SIM i zapewnienie sobie dostępu do Internetu. W tym momencie po raz pierwszy odczuwamy różnice cenowe między Tajlandią a Malezją.

 

 

 

Witamy w Malezji

 

 

Po drugiej stronie ulicy dostrzegamy szyld 7/11, idziemy zaopatrzyć się w wodę i po chwili wiemy już na sto procent, że od tej pory będziemy wydawać więcej Krainie Uśmiechu. Nie są to jednak ceny zaporowe, zwłaszcza w porównaniu z europejskimi 😉

 

Na cel obraliśmy sobie wyspę Penang, jedno z najsłynniejszych miejsc w Malezji. Od niej planowaliśmy rozpocząć swoja przygodę z nieznanym nam do tej pory krajem.

 

Na znalezionym kartonie markerem smarujemy nazwę, tak żeby była widoczna z daleka. Ustawiamy się w strategicznym miejscu tj. obok wyjazdu ze stacji paliw i rozpoczynamy łapanie stopa. Pierwszy kwadrans trochę nas zniechęca, nikt się nie zatrzymuje a słońce bezlitośnie smali coraz mocniej. Pamiętając, ile razy załapaliśmy się na podwózkę w Tajlandii, nie poddajemy się tak szybko.  

 

 

A kantoru nie widać...
... i nie widać

 

 

I prawidłowo, bo niebawem podjeżdża samochód, a siedząca w nim młoda para z uśmiechem rozpoczyna pogawędkę. Po pięciu minutach nasz plan zmienia się o 180 stopni. Okazuje się, że Penang od kilku dni zmaga się z powodzią, więc wyprawa w tamtym kierunku nie ma w tej chwili najmniejszego sensu. Hazril i Naza mają dla nas jednak inna propozycję, a konkretniej Langawi. Także wyspa, znana głównie z tego, że jest strefą bezcłową. Bardzo popularne miejsce wśród turystów.

Nasi nowi znajomi są bardzo rozmowni. W trakcie podróży dostajemy garść wskazówek dotyczących lokalnego jedzenia oraz ciekawych punktów na mapie kraju.

 

 

 

Auto zostaje w portowym mieście Kuala Perlis, a my udajemy się na prom. Nasi towarzysze nie chcą przyjąć pieniędzy za bilety, są wręcz zadowoleni, że poznali dwójkę Europejczyków, którym mogą zapewnić jakieś atrakcje. Okazuje się, że na co dzień mieszkają w pobliżu Penang, co daje szanse na kolejne spotkanie 😉 Szybko wymieniamy się kontaktami, w razie jakichkolwiek problemów mamy dzwonić lub pisać.  

 

 

 

 

Portowa poczekalnia

 

Na promie panuje swojska atmosfera. Większość osób wpatruje się w wielkie ekrany, na których wyświetlany jest jakaś telenowela. Efekty specjalne i gra aktorska sprawiają, że sami od czasu do czasu zerkamy, bawiąc się w podkładanie głosów głównym bohaterom. Sporą przesadą jest jednak klimatyzacja. Szybko zaczynam żałować, że ciepła bluza leży zalega na dnie plecaka. Kurtka i chusta to zdecydowanie za mało…

 

 

Na morzu tłocznie

 

 

Po tym jak dobijamy do portu, nie mogę się doczekać aż opuścimy budynek i wyjdziemy na zewnątrz, gdzie ogrzeją nas promienie słońca. W dalszym ciągu towarzyszą nam Naza i Hazril. Poznajemy jednego z lokalnych taksówkarzy, który mimo sędziwego wieku (ponad 80 lat) wciąż cieszy się swoją pracą. Gdy docieramy do turystycznej części wyspy, niebo funduje nam niesamowity spektakl będący obietnicą krótkiego wypoczynku.

 

 

 

Kolejnym etapem było poznanie życiowej historii Pana taksówkarza 🙂
Drugiego dnia już tak ładnie nie było:(

 

 

Jeszcze tylko pamiątkowe zdjęcie, zapewnienia o tym, że pozostajemy w kontakcie i ruszamy na poszukiwania noclegu. Idzie nam dość sprawnie, więc kolejnym krokiem jest znalezienie niedrogiej knajpki.

 

Zatrzymaliśmy się w typowo kurortowej części Langkawi. Mijają nas tłumy turystów, a taksówkarze nawołują z każdej strony, oferując przejazd. Wzdłuż ulicy ciągnie się pas kolorowych straganów i kilka budek z jedzeniem.

 

 

 

Jedzonko...
...jedzonko...
... i jeszcze raz jedzonko 🙂

 

 

Przed wyjazdem wielokrotnie trafialiśmy na pochlebne opinie dotyczące malajskiej kuchni, która łączy w sobie różne kultury. Z niecierpliwością czekaliśmy na moment, w którym poddamy miejscowe smakołyki własnej ocenie. Ostatecznie wyszło na to, że Szkodnik niemal za każdym razem znajdował coś dla siebie. Mnie ratowały naleśniki, najlepiej na słodko. Wszelkiego rodzaju wytrawne, zazwyczaj indyjskie dania, smakowały dla mnie tak samo. Tak samo źle…

 

Wyjątkiem jest nasi lemak, czyli ryż z sardynkami, pikantnym sosem i jajkiem zawijany w liść… Całość tworzy kształt małej piramidki, kosztuje ok 1-2 zł i jest idealna na śniadanie, przekąskę czy kolację. Spotkać można także bardziej rozszerzone wersje, a w restauracjach dużą porcję serwowaną na talerzu. Nas najbardziej przekonało klasyczne wydanie, zwłaszcza popijane zimnym piwem. Po opuszczeniu Langawi, piwo zastępowaliśmy mrożoną herbatą z limonką – nie tylko ze względu na ceny alkoholu (w Malezji jest on kilkakrotnie droższy niż w Tajlandii), ale również przez wzgląd na orzeźwiający smak.  

 

 

 

Malezja jedzenie nasi lemak
Każdy znajdzie coś dla siebie
Malezja jedzenie nasi lemak
Lista naleśników robi wrażenie 🙂
Malezja jedzenie pancake
Roti Pisang
Malezja jedzenie nasi lemak
Nasi Lemak przed rozpakowaniem...
Malezja jedzenie nasi lemak
...i po 🙂

 

 

Wypocząć na plaży nie było nam dane, bowiem następnego dnia słońce postanowiło nie pokazywać się w ogóle. Ale kto powiedział, że leżenie na łóżku pod wiatrakiem mielącym powietrze nie jest formą wypoczynku? 😉

 

No comments
Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

x Close

Polub nas na Facebooku