fbpx

Ipoh – czyli o tym, że podróż to nie same przyjemności …

Wybieracie się na Penang? Koniecznie zahaczcie o Ipoh. Będzie fajnie, mówili. Nam pobyt utkwił w pamięci jako beznadziejny. Dlaczego? Już opowiadamy.  

 
Kulisy łapania stopa do tegoż miasta mieliście okazję widzieć już kiedyś na pewnym filmiku, a jeśli nie, to macie go poniżej. Wystarczy kliknąć kilka razy w zdjęcie ;D
Doskonale oddaje panujący wówczas nastrój. Padający deszcz, głodek i zero zainteresowania ze strony kierowców. Po kilkudziesięciu minutach zlitowała się nad nami pewna Hinduska, wracająca do domu ze swoim ojcem. Barierą nie po raz pierwszy ani nie ostatni stał się język. Za pomocą google maps udało nam się jednak wytłumaczyć, co jest celem naszej wycieczki. Początkowo mieli wysadzić nas gdzieś po drodze, nie wjeżdżając do samego miasta ale tyłki uratowała nam ulewa, która rozhulała się już wtedy na dobre.
 

 

 

Hostel zarezerwowaliśmy, będąc jeszcze w trasie. Klimaty reggae zapowiadały ciekawy wieczór. Podobnie jak stosy małych, plastikowych wiaderek piętrzących się na ladzie recepcji. Tym, którzy nie wiedzą, już tłumaczę – w Azji (zwłaszcza Tajlandii) popularne jest picie drinków z wiadereczek, które w każdej chwili uzupełniać można kolejnymi wymyślnymi koktajlami.

Jednak atrakcje, które czekały na nas tego dnia, przeszły nasze najśmielsze oczekiwania.  

 
 

 

zdjęcie pochodzi ze strony www.booking.com

 

Próba znalezienia restauracji serwującej coś przyzwoitego, albo przynajmniej na takie wyglądającego, trochę nam zajęła. Skończyło się na typowej knajpie, z bufetem stojącym i stygnącym od jakiegoś czasu i gromadą lokalsów, przyglądających się nam z zaciekawieniem. Ohoo Europejczyki szukają wzrokiem widelców i noży ;D

Najedzeni, czas na prysznic i odpoczynek. Łazienek w Azji widzieliśmy już bardzo wiele, opanowaliśmy sztukę ich obsługi do perfekcji, jednak tym razem bardzo żałowaliśmy, że żadne z nas nie cyknęło fotki rozwiązaniom zastosowanym w tym hostelu 😉

 

 

jedna z propozycji kuchni hinduskiej 😉

Wykąpani, wnętrze plecaka ogarnięte, to może jakiś serial? Na nasze szczęście łącze internetowe nie osiągało jakiejś zawrotnej prędkości, przez co ponownie włączyliśmy światło w naszej komnacie. Wtem najpierw moim, później Szkodnika oczom ukazały się małe, czarne punkciki poruszające się niespiesznie po prześcieradle. Nie byliśmy pewni czy mamy do czynienia z tym, co przyszło nam do głowy jako pierwsze, ale odruchowo zaczęliśmy w te punkciki tłuc zeszytem. Błyskawicznie zabraliśmy z łóżka swoje rzeczy i przyjrzeliśmy się dokładniej materacowi. Po kilku sekundach nie było już wątpliwości, dzieliliśmy posłanie z pluskwami.

Zakłóciliśmy wieczorną imprezkę właścicielowi i poinformowaliśmy o „niedogodnościach” w pokoju. Nawet nie udawał zdziwionego. Złapał za puszkę ze środkiem na insekty i rozpoczął pryskanie, tłumacząc, że od jakiegoś czasu się z tym zmaga w tym konkretnym pokoju właśnie.

Dostaliśmy nowy, ale poziom nerwów i strachu był już za wysoki. Odnosiliśmy wrażenie, że pluskwy oblazły nas samych, rzeczy znajdujące się w plecakach, nie wspominając o Henryku. Centymetr po centymetrze zbadaliśmy kolejny pokój, zwłaszcza materac. Jako, że kilka minut wcześniej na dobre odechciało nam się spać, zarządziliśmy przechadzkę nocnym marketem, żeby rozejrzeć się po okolicy. No dobra, mieliśmy gdzieś okolicę, chcieliśmy sprawdzić, gdzie znajduje się najbliższy hotel ;D

 
 
Ipoh wieczorową porą

 

Żadnej taniej opcji w zasięgu ręki nie było, ale po powrocie na kwaterę, decyzja o tym, że się wynosimy zapadła dość szybko. Można powiedzieć, że jedno spojrzenie rzucone na materac, i plecki same zawisły na ramionach.

Właściciel nie wdawał się zbytnio w dyskusję, zwrócił pieniądze, a my wylądowaliśmy na chodniku. Było już grubo po północy. Otworem stał moloch po przeciwnej stronie ulicy. Z zewnątrz wyglądał jakby czasy świetności miał dawno za sobą, wiedzieliśmy jednak, że w tej sytuacji jesteśmy zdani na łaskę francowatej recepcjonistki.

Oczywiście, wcisnęła nam pokój na piętrze, że tak to ujmę wyłączonym z obiegu. O Internecie mogliśmy zapomnieć, podobnie jak o świetle na korytarzu. Pokój przypominał nieco celę, z tymże zamiast wiszącego koja, było łóżko wyłożone kafelkami.  Po podłodze przechadzał się karaluch, jakby trochę zniesmaczony tym, że przerwaliśmy mu drzemkę.

Bardzo chcieliśmy, żeby ten dzień się już skończył, ale nie dawała nam spokoju zawartość plecaków. Czy aby nie zabraliśmy ze sobą nadbagażu w postaci pluskiew? Przejrzeliśmy każdą rzecz, wyobrażając sobie całe stado, którego tak łatwo się nie pozbędziemy. Rano w pośpiechu opuściliśmy hotel, nie chcąc gościć w tej części miasta nigdy więcej.  

 
 
Toaleta wersja azjatycka 😉

 

Postanowiliśmy dać Ipoh jeszcze jedną szansę. Znaleźliśmy hostel w nowoczesnym stylu, z dobrymi opiniami dotyczącymi zwłaszcza czystości. Powitała nas gromada dzieci. Jedno z nich fachowo ogarnęło check in i po chwili dostaliśmy już swój kolejny apartament. Idea tego hostelu polega na tym, że goście otrzymująą swój skrawek podłogi, na którym leży materac z pościelą. Cienka ściana odgradza ich od sąsiadów i salonu, w którym walają się wielkie poduchy do ogólnego użytku. Idealne rozwiązanie na jedną noc.

Zostawiliśmy swój dobytek i poszliśmy szukać słynnych murali i jeszcze słynniejszej białej kawy.  

 
 
Cwaniak w czystej pościeli
Nasz "apartament" i super oplaniezna (stopy) ;D
Pozytywny akcent w Ipoh 😉
Przedsmak przed George Town

 

Podładowaliśmy baterie filiżanką kawy, której produkcja rozpoczęła się przed laty właśnie w Ipoh. Swoją nazwę zawdzięcza barwie ziaren, które są dużo jaśniejsze od tych używanych do wyrobu tradycyjnej czarnej. Sekret tkwi w margarynie (uzyskiwanej z oleju palmowego!), której używa się w procesie palenia ziaren. Do gotowego trunku dodaje się skondensowane mleko i gotowe.

Biała kawa jest bardzo popularna, zwłaszcza w tym regionie Malezji. Można ją kupić zarówno w woreczku w wersji mrożonej jak i w małych saszetkach w wersji instant.  

 
 
Kawa w wersii muralowej 😉
 

 

Z perspektywy czasu, w dalszym ciągu uważamy, że miasto najzwyczajniej nas nie urzekło, dlatego też nie będziemy pisać, że jest to punkt obowiązkowy na mapie Malezji. Chcecie? Spróbujcie. Pamiętajcie tylko, żeby unikać Chokodok Reggae House Cafe & Backpackers oraz położonego w sąsiedztwie hotelu, który widzicie na zdjęciu poniżej 😉

 
Nie polecam. Henryk w terenie.

 

„Przygoda” z pluskwami dała o sobie znać kilka dni później, kiedy byliśmy już na Penang. Ucierpiał Szkodnik, którego ciało pokryła rozległa wysypka. Późnym wieczorem zdecydowaliśmy się na wizytę w szpitalu. Trochę zajęło nam odnalezienie się w gąszczu parkingów i korytarzy, ale z pomocą pracowników trafiliśmy na izbę przyjęć. Nieco zadziwiło nas, jak wiele osób czekało o tej porze na swoją kolej, ale większość z nich zaliczała się do grupy nagłych przypadków. Procedura przyjęcia jak w Polsce: rejestracja (ze sprawdzeniem paszportu), wydanie numerka i oczekiwanie na wizytę. Na szczęście lekarz znał język angielski. Dobrał odpowiedni zastrzyk, maść i tabletki. Całość, łącznie z samą wizytą kosztowała ok. 80 zł. 

Wszystkie nasze rzeczy, z Henrykiem na czele, dwukrotnie wypraliśmy w wysokiej temperaturze. Na tyle, na ile pozwoliła lokalna pralnia, korzystaliśmy też z suszarki. Później został nam sznurek i długość pokoju 😉

 

 

Mości Henryk w przerwach między zwiedzaniem 😉
No comments
Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

x Close

Polub nas na Facebooku