fbpx

Gruzja

Przed wylotem do Gruzji sporo naczytaliśmy się o lokalnej kuchni. Nie ukrywam, że nasze oczekiwania były całkiem spore. Spróbowaliśmy chyba wszystkich sztandarowych dań i doszliśmy do różnych wniosków. Osobiście wolę włoskie czy marokańskie smaki. Z kolei Szkodnik kulinarną stronę wycieczki wspomina bardzo miło. Jedno jest pewne, niemal każda z wybranych przez nas propozycji była dla naszych kubków smakowych czymś nowym.
Nie jest żadnym odkryciem, że kuchnia gruzińska kolendrą, chlebem i słonym serem stoi. Nie należy też do najlżejszych, ale nadrabia zdrowymi słodkościami;)
Jak na rasowych turystów przystało, często przed sięgnięciem po widelec, chwytaliśmy za telefon, chcąc uwiecznić daną potrawę. Dzięki temu możemy Wam teraz co nieco pokazać.

Widoczne na talerzach pierożki to tzw. chinkali, prawdziwy symbol Gruzji. Kształt sakiewek nie jest przypadkowy,  wręcz przeciwnie, ułatwia konsumpcję. Te zjadane najchętniej zarówno przez lokalnych, jak i przyjezdnych, nadziewane są mięsem i sporą dawką kolendry, ale spotkać można też wersję z ziemniakami czy słonym serem.  Ponoć najlepszy w nich jest bulion, który powstaje w czasie gotowania pierożków. Chinkali to doskonała propozycja dla osób, które nie chcą zbytnio nadwyrężać swojego budżetu. Zawsze sprzedawane są na sztuki a kosztują od 0,50-1,5 lari. Mina kelnerki, kiedy Szkodnik (jeszcze nieobyty w temacie) zamówił 10 sztuk bezcenna 😉

Chaczapuri znaleźć można w każdej restauracji, knajpce czy ulicznej budce. Cały sekret tkwi w serze, który umieszczany jest w środku lub na górze placka. Jest to całkiem dobry dodatek do piwa lub sałatki. Dla mnie niestety zbyt słony. 


Wertując Internet w poszukiwaniu gruzińskich rarytasów, niemal wszędzie natykaliśmy się na chaczapuri adżurali.  W skrócie jest to ulepszona wersja placka ze słonym serem. Wzbogaca się ją o jajko i masło oraz zaleca wymieszanie wszystkich składników  widelcem. W bardziej swojskich knajpkach, kelner chętnie Was w tym wyręczy 😉


Czebureki to doskonała propozycja dla tych, którzy lubią dania smażone w głębokim oleju. Ich nadzienie przypomina te z pierożków chinkali, tj. mięso i kolendra i bulion. Proste, tanie i sycące. Zamawiając, Szkodnik nie wiedział jeszcze, jak są duże. Z uśmiechem zażądał pięciu, na co gospodarz wybuchnął śmiechem i zaczął demonstrować nam ich wielkość. Dwie sztuki to całkiem konkretna porcja 😉 

​Czas na typowo mięsną odsłonę gruzińskich specjałów. Ostry to zupa przypominająca węgierski gulasz. Duże kawałki mięsa, duszone warzywa i sporą porcja przypraw, które decydują o pikantnym smaku. Obowiązkowo oprószone świeżymi ziołami!
Kolejna mięsna propozycja to słynne szaszłyki, najczęściej podawane z cebulką.


Najprostsza z możliwych sałatek (co wcale nie ujmuje jej smaku). Znajdziecie chyba w każdej karcie dań. Prym wiodą ogórem, dużo ogórka, pomidor, cebula i pietruszka. Do tego przyprawy i ​voilà 😉


​Zwiedzanie Gruzji wymaga całkiem dobrej kondycji i zapasu energii. W ciągu dnia warto skusić się na sprzedawane w piekarniach, sklepach i ulicznych budkach bułki. Ich nadzienie czasem bywa zaskakujące, ale każdy znajdzie coś dla siebie. Nam najbardziej w pamięć zapadły kiełbaski w mięsno-cebulowym farszu, gorące ziemniaki czy pasta z fasoli. Bułki dostępne są też w wersji słodkiej z marmoladą czy owocami.


Pierwszego szoti, czyli tradycyjnego chlebka wypiekanego w specjalnym glinianym piecu, spróbowaliśmy na ulicy w Borjomi. Poczęstowała nas nim matka Niko, u którego zakwaterowaliśmy się  w czasie pobytu w mieście. Bochenek w charakterystycznym kształcie stał się także dobrą alternatywą na długie trasy marszrutkami 😉


​Wierzcie nam lub nie, ale wytłumaczenie obsłudze gruzińskiej knajpy, że chcecie zjeść obiad/kolację nie popijając ich winem jest bardzo trudnym zadaniem. Trunek najczęściej jest wartym spróbowania wyrobem domowym. W trakcie naszej ostatniej „uczty” o zapełnianie naszej karafki dbali starsi Gruzini, siedzący kilka stolików obok 😉


Po raz pierwszy czurczele dostrzegłam w …. markecie. Później już widziałam je wszędzie. Słodka przekąska nazywana gruzińskim snicersem stała się naszym faworytem. Klasyczna wersja to orzechy włoskie lub laskowe nawlekane na nitkę i polewane syropem z winogron lub karmelem. 

Do wyboru do koloru 🙂

Jak czurczele to i tklapi, z daleka przypominające płat kolorowej skóry. W rzeczywistości są to sprasowane owoce, które po rozwałkowaniu suszone są na słońcu. W przeciwieństwie do czurczeli, tklapi to raczej kwaśny smakołyk, ale wart spróbowania 😉
Podobnie, jak wszyscy polecamy także gruzińską oranżadę , zwłaszcza waniliową – ziołowa omijajcie szerokim łukiem 😉 Ponadto warto spróbować słynnej wody Borjomi (naprawdę czuć różnicę), swojskich miodów, wędzonych serów i świeżo wyciskanego soku z granatów, a także piwka sprzedawanego z maleńkich kiosków.  

Udostępnij
x Close

Polub nas na Facebooku