fbpx

Disneyland, Wieża Eiffla i Eminem czyli kilka dni w Paryżu

 

Śledzenie zakładki TOUR na stronie shadyrecords.com to czynność, którą od jakiegoś czasu wykonuję mechanicznie. Dotychczas, przebiegałam wzrokiem listę miast i z nosem zwieszonym na kwintę zamykałam witrynę. W marcu 2013 r., kiedy byliśmy w trakcie zarabiania na Tajlandię i chwilowo przebywaliśmy na wyspie, ponownie weszłam na stronę i (sprawdzając kilkakrotnie) dostrzegłam, że w tymże roku Eminem gości w kilku europejskich państwach. Trasa po Europie obejmowała m.in. Anglię i Francję, a planowana była na sierpień. Szybka kalkulacja w głowie, a po niej decyzja – jedziemy do Paryża! Po chwili dotarło do mnie, że w tym samym dniu odbywa się hip – hop kemp, na który wybiera się Szkodnik. Odmowa była stanowcza, „kemp to kemp, nie jeden koncert a kilkadziesiąt”, więc początkowo szukałam sobie towarzystwa gdzie indziej. Po jakimś czasie jednak zdecydował się zrezygnować z festiwalu i mimo wielu zawirowań staliśmy się posiadaczami biletów, a nawet dostaliśmy tygodniowe urlopy…

Dotrzeć na miejsce mieliśmy autokarem niemieckich linii, trasa Bremen – Paryż zająć miała około trzynastu godzin. Noclegi udało mi się załatwić u jednej z Polek, znalezionej na forum przeznaczonym dla obywateli Polski, przebywających we Francji. Wszystko przebiegało sprawnie, miła pani proponowała nawet, że nas podwiezie, ponieważ akurat wracała z Polski, jednak nie było nam po drodze. Dzień przed wyjazdem, chcąc się w jakiś sposób zabezpieczyć, zaproponowaliśmy stworzenie a’la umowy, na wszelki wypadek, żeby obie strony czuły się bezpiecznie. Z rana wsiedliśmy na prom, następnie w pociąg i dotarliśmy do Bremen, które w kilka godzin udało nam się pobieżnie zwiedzić. 

 

Jeden z moich ulubionych dworców
 

 

Wieczorem udaliśmy się na stanowisko, na którym miał pojawić się nasz autokar. z 40-minutowym opóźnieniem, wtoczył się na swoje miejsce mikrobus, jak się okazało należący do polskiego przewoźnika. Z niemiecka brzmiąca nazwa i piękny autokar ze zdjęć na stronie internetowej w żaden sposób nie przekładały się na to, co widzieliśmy. Zajęliśmy ostatnie wolne miejsca i ruszyliśmy w jakże wesołą podróż 😉

Po jakimś czasie obudziły nas trzaski i głośna wymiana zdań. Byliśmy już w Amsterdamie i jak się okazało, w wyniku niefortunnego zbiegu okoliczności panowie pomylili bagaże. Torba należąca do pary, która wysiadała w stolicy Holandii, została wydana komuś, kto został w Bremen. Do kierowcy nie docierały żadne argumenty, nie ułatwiał skontaktowania się z przełożonymi, nie chciał podać swoich danych, ale zarzekał się, że walizka się przecież znajdzie. W trakcie ponownego pakowania tego, co zostało wyciągnięte z bagażnika w czasie poszukiwań zaginionej torby, usłyszeliśmy, że któryś bagaż się nie mieści – „Pi…….j, najwyżej kółka odlecą” – rada kolegi była prosta. Wychyliliśmy się, jak się okazało chodziło o nasz bagaż, jednak udało się go ulokować bez pozbawiania kółek.

Koło 10-tej rano dotarliśmy w okolice pewnego placu (teraz wiem, że był to plac Inwalidów ;)), który był ostatnim przystankiem. Od jakiegoś czasu próbowałam się dodzwonić do pani Teresy, u której mieliśmy obiecany nocleg, jednak bezskutecznie. Wydano nam bagaże (całe i nasze), słońce prażyło dosyć mocno, byliśmy głodni i stęsknieni za prysznicem. Po kilkudziesięciu minutach dotarło do nas, że trzeba szukać noclegu gdzie indziej. W kiosku kupiliśmy przewodnik, a na jednej ze stacji metra wyrobiliśmy sobie tygodniowe karty uprawniające do przejazdów tymże środkiem transportu. Do wyrobienia takiej karty potrzebne jest zdjęcie, my swoje wyrobiliśmy w pobliskiej budce, wyszliśmy rewelacyjnie. Koszt takiej karty to ok. 25 euro (za tydzień).

Obejrzeliśmy sobie mapę miasta z każdej strony, okazało się, że jesteśmy niedaleko Pól Elizejskich. Wtedy też wpadłam na jakże bystry pomysł, że tam gdzie McDonald’s tam i WIFI. Objuczeni bagażami ruszyliśmy jedną z bardziej eleganckich ulic miasta, my i cała reszta wyperfumowanych, spieszących się ludzi. Po jakichś piętnastu minutach natrafiliśmy w końcu na to czego szukaliśmy. Zamówiliśmy po bułce a następnie zarezerwowaliśmy najtańszy pokój w jednym z hoteli. 

Na odpowiednią stację metra dotarliśmy bez problemu, kłopotem jednak było znalezienie ulicy, a raczej uliczki, przy której mieściła się nasza kwatera. Błądziliśmy w tę i z powrotem, każdy z przechodniów miał swoją teorię na temat tego, gdzie jest ten hotel. Uratował nas dostawcy pizzy, wyjął opasłe tomisko ze szczegółowym planem miasta i wskazał nam właściwą drogę. Kiedy stanęliśmy pod adresem znalezionym w Internecie, trochę zaniepokoił nas fakt, że budynek w pewnym stopniu był rozebrany, toczyły się w nim niemałe remonty, wszędzie walał się gruz i unosił pył. Weszliśmy jednak do środka, recepcjonista miał nas w nosie przez dobre 10 minut, po chwili dał nam klucz i kazał obejrzeć pokój. W pierwszej chwili chciałam z niego uciec, ale później uzmysłowiłam sobie, że i tak będziemy w nim spędzać tylko kilka godzin w nocy, więc załatwiliśmy formalności i poszliśmy się odświeżyć. Kolejną misją tego dnia było znalezienie marketu z kocami, żebyśmy mogli bez obaw położyć się na łóżku 😉

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od obejrzenia Łuku Triumfalnego, gdzie napotkaliśmy polską wycieczkę, później przenieśliśmy się nad Sekwanę, i tam naszym oczom ukazała się „Żelazna dama”, ale tego dnia podziwialiśmy ją tylko na odległość. Do wieczora szwendaliśmy się ulicami Paryża, obserwując i słuchając jego mieszkańców. Następnego dnia czekała nas pobudka z samego rana, musieliśmy w miarę szybko dotrzeć do położonego na obrzeżach Disneylandu. 

 



 

 

Pierwsze triumfy
 
Pogoda dopisywała od samego rana, śniadanie zjedliśmy w biegu na jednej z ulicznych ławek (bagietki i jogurty). Do parku rozrywki dotarliśmy tuż po jego otwarciu, karnety, które posiadaliśmy były jednodniowe, więc trzeba było wybierać spośród najlepszych, naszym zdaniem atrakcji. Jedno jest pewne, niezależnie od tego, ile ma się lat, każdy znajdzie tam coś dla siebie. Kolejki były ogromne, odwiedzających wciąż przybywało, ale dosyć szybko zaczęliśmy korzystać z usługi FASTPASS (nasze bilety, były kupione przez Internet, więc mieliśmy ten przywilej). Dzięki temu czas oczekiwania na daną atrakcję skracał się. Działanie FASTPASS jest proste, zbliżając bilet do maszyny, znajdującej się koło bramek, otrzymywaliśmy małe karnety, na których napisane było w jakim przedziale czasowy będziemy mogli wejść i np. przejechać się kolejką. Heniek był trochę zawiedziony, bo na horyzoncie nie było żadnych postaci disneyowskich. Jak już udało nam się kogoś dostrzec, to okazywało się, że do niego też trzeba stanąć w kolejce, nikt nie spacerował sobie po terenie parku zaczepiając przybyłych. Szybko jednak poprawiliśmy mu humor, wsiadając do filiżanek Szalonego Kapelusznika;)
 
Na to nikt nie jest za stary

 

Będąc w Disneylandzie trzeba mieć oczy dookoła głowy, masa kolorów, małych domków, na pierwszy rzut oka niepozornych lub nieruchomych rzeczy, które po chwili zmieniają swoje położenie, zaczynają się poruszać lub mówić. Zaliczyliśmy większe kolejki górskie, „domek strachów” a nawet klasyczne koniki. Druga część parku nie odstawała w niczym od pierwszej, poddani zostaliśmy symulacji awarii statku kosmicznego i zjedliśmy lunch na stołówce rodem z amerykańskich musicali. Podczas przemieszczania się między parkami, przypadkowo wylądowaliśmy w tłumie czekającym na paradę. Ta ma miejsce codziennie około 19-tej. Na wielkich platformach poruszających się po szynach, pojawiają się reprezentanci wszystkich ważniejszych bajek. Między platformami kroczą/jeżdżą/skaczą pozostałe postaci. Barwny korowód zamyka oczywiście Myszka Miki. Niestety nie wiedzieliśmy, o której odjeżdża ostatnie metro w kierunku naszego hotelu, przez co ominął nas kolejny punkt programu – pokaz halogenowo-laserowy. W czasie, kiedy gościliśmy w parku, wciąż świętowano jego 20-lecie, stąd ta dodatkowa atrakcja. Około 22:00 na placu przed głównym pałacem, pracownicy rozpoczęli przygotowania do show, odwiedzający zaś zajmowali jak najlepsze miejsca w oczekiwaniu na półgodzinne zwieńczenie dnia. Wszystko rozpoczęło się koło 23-tej, widzieliśmy relację i wiemy, że dużo straciliśmy. Podobno za pomocą technik komputerowych Zamek Śpiącej Królewny zmienił się w katedrę Notre Dame;)  

 

Za górką czeka Indiana Jones

 

Następnego dnia, nie zwalniając tempa ruszyliśmy na podbój Luwru. Zrobiliśmy to jednak o godzinę za późno i plac zdążył wypełnić się mnóstwem turystów, stojących w kolejce. Wycofaliśmy się więc i przenieśliśmy pod wieżę Eiffla. Ponad 300-metrowy kolos zrobił na nas spore wrażenie, jak na wszystkich 😉 

Na nasze nieszczęście górne piętro wieży było w remoncie. Mogliśmy dotrzeć zaledwie na drugie, dlatego też odpuszczając sobie stanie w kolejnym strasznie długim „ogonku”, zrezygnowaliśmy z windy i weszliśmy na górę po schodach. Zdążyliśmy wejść, napawać się widokiem i zejść, a co niektórzy dalej oczekiwali na windę 😉 Budynki w Paryżu nie są zbyt wysokie, dlatego też widok z wieży był jednorodny, w oddali błyszczała kopuła bazyliki, do której wybieraliśmy się tego samego dnia, a z drugiej strony rozciągały się Pola Marsowe

 

Na drugim piętrze "Żelaznej Damy"

 

 

Właśnie w  okolicy pól zostaliśmy nabici w butelkę. W pewnym momencie do Szkodnika podszedł ciemnoskóry chłopak, zakręcił mu na palcu pętelkę z muliny i zaczął tworzyć „bransoletkę”,  z drugiej strony podszedł jego kolega i zakręcił takie cudeńko także i na moim palcu. W trakcie dopytywali skąd jesteśmy, powtarzali wesołe „hakuna matata” i tłumaczyli, że to bransoletki szczęścia etc. Wiedzieliśmy, że w końcu trzeba będzie im za te misterne ozdóbki zapłacić, jednak myśleliśmy, że to my ustalamy cenę. Panowie stanowczym głosem zażyczyli sobie 50 euro.W pierwszej chwili ich wyśmialiśmy, ale  okazało się, że nie mamy drobnych, oni z kolei nie mają zamiaru ustąpić, więc stanęło na kwocie dwudziestu pięciu.

Kolejnym punktem, do którego zmierzaliśmy był Kościół Inwalidów, do którego w 1840 roku sprowadzono szczątki Napoleona Bonaparte. Tuż obok znajduje się Pałac Inwalidów, którego wnętrza zostały zaadaptowane pod Muzeum Armii, Muzeum Map i Makiet oraz Muzeum Orderu Wyzwolenia. Znaleźć tam można bogate zbiory broni, mundurów, armat, dokumentów a nawet taksówkę z 1914 roku. Zwiedzając kompleks warto pamiętać o Dziedzińcu Honorowym, to na nim Bonaparte dokonywał przeglądów wśród oddziałów weteranów. Najbardziej majestatyczne (przynajmniej w moim odczuciu) jest wnętrze kościoła, w którym znajduje się sarkofag ze szczątkami „małego wielkiego kaprala”.  Zostały one umieszczone w sześciu trumnach, wykonanych m.in. z cyny, mahoniu i hebanu. Okrągła krypta jest otwarta od góry. Na planie koła wygrawerowano nazwy miejsc, w których władca odniósł zwycięstwo. Jego zasługi dla Francji ukazuje także relief znajdujący się na ścianach. Blisko ojca pochowany został Napoleon II (Orlątko). Ogromne wrażenie wywiera pozłacana kopuła, która przykuwała nasz wzrok, kiedy byliśmy na wieży Eiffla. Epitafium Napoleona brzmi: Niech śpi pod tą kopułą, to hełm na głowę giganta.  

 

Jeden z ciekawszych punktów wycieczki

 

Z Placu Inwalidów udaliśmy się w kierunku katedry Notre Dame, stacje metra są opisane bardzo praktycznie, a ponadto te ciekawsze są stylizowane na zabytki, które można na nich ujrzeć. Np. przystanek Bastylia ma malowidła na ścianach, przystanek, z którego dotrzeć można pod wieżę, ma elementy metalowych konstrukcji itd. W całym Paryżu co chwilę można natrafić na jakiś park, który zachęca do wejścia niezliczoną ilością krzeseł, przygotowanych dla zmęczonych wędrowców – bardzo dobre rozwiązanie. Wędrując bocznymi ulicami zauważamy też, że całkiem sporo osób rozbija namioty na parkingach, chodnikach, prawdopodobnie są to bezdomni, którzy w okresie wiosenno-letnim radzą sobie w ten sposób.

Wieczorem postanawiamy w końcu skosztować słynnych kasztanów na równie słynnym placu Pigalle. Nie znajdujemy ich ani tego dnia ani podczas kolejnych prób. „Zbereźna” część Paryża przyciąga neonami, muzyką i Moulin Rouge rzecz jasna. Na ulicach metrami ciągną się erotyczne kina i sex-shopy. Jedne zachęcają do wstąpienia inne wręcz odstraszają. Udajemy się na kolację – jeden z niewielu normalnych posiłków, które pamiętam, ciągle gdzieś pędziliśmy, więc nawet nie wiem czym i kiedy się żywiliśmy 😉 Wracając w rejony „hotelu” zahaczamy ponownie o wieżę Eiffla, nocą, kiedy rozświetla ją tysiące ksenonowych lampek jest jeszcze piękniejsza.

 

Odsłona nocna

 

Kiedy mówiliśmy znajomym, że wybieramy się do Paryża, wielu z nich opowiadało o ciemnoskórych mężczyznach, którzy wędrują z drucianymi kołami, na których zawieszone mają breloki z wieżą Eiffla, przeznaczonymi na sprzedaż. Udało nam się spotkać jednego z nich, był tak zachwycony, kiedy Szkodnik zapytał, czy może sobie zrobić z nim zdjęcie, że dał nam w prezencie garść wieżyczek 😉 

Kolejnego dnia wstaliśmy wcześniej niż ostatnio. Spakowaliśmy Heńka w plecak i w kolejce do wejścia na tereny Luwru spędziliśmy może z 10 minut. W Paryżu niektóre atrakcje, w tym zwiedzanie domu Mona Lisy, są darmowe dla tych, którzy nie ukończyli 26. roku życia. Kolejną miłą niespodzianką były mapki także w języku polskim. Nie jesteśmy amatorami sztuki, więc odszukaliśmy najważniejsze punkty – Kodeks Hannibala, Wenus z Milo, Mona Lisę itp. Ogromnym bogactwem odznaczały się apartamenty Napoleona III, to nieopodal nich Heniek padł z wrażenia (i zmęczenie) na kamienna ławkę. Ciekawa była także ścieżka wzdłuż której, na ścianach zawieszone były monitory w ozdobnych ramach. Na monitorach wyświetlane były filmy, prezentujące ludzi różnych epok, w momencie, w którym ktoś idący ścieżką stawał naprzeciwko, zostawał automatycznie wkomponowany w film.

 

Napoleon III zdecydowanie lubił przepych

 

Pierwsza część przedostatniego dnia pobytu upłynęła nam melancholijnie, na słynnym cmentarzu Perè – Lachaise. Szukaliśmy znanych artystów pochowanych w tymże miejscu. Co jakiś czas w oczy rzucały nam się grobowce z polskimi nazwiskami. Bez problemu znaleźliśmy grób Morrisona, na którym położone były bukiety z biało-czerwonymi wstążkami oraz porozrzucane zdjęcia piosenkarza. Od niego przenieśliśmy się pod biały pomnik, pod którym spoczywa Fryderyk Chopin. Natrafić tam  można także na groby Moliera, Balzaca czy Piotra Abelarda i Heloizy.

Późnym popołudniem udaliśmy się w kierunku Stade de France, gdzie odbył się koncert Eminema (i supportujących go wykonawców). Przezornie, większą gotówkę i karty zostawiliśmy w pokoju, czego pożałowaliśmy na widok panów sprzedających piwo (pół litra za 7 euro!, pierwsze wlanie za dziewiątkę, ale kubek gratis;)) Z tego co pamiętam na początku jakieś pół godziny zmarnowaliśmy stojąc w kolejce do niewłaściwej bramki. Ale się udało, udał się też koncert – i to jak. Pierwsze z marzeń zostało spełnione z chwilą pojawienia się rapera na scenie, on sam jaki jego band dali z siebie 200%. Pochwały należą się także organizatorom i ochronie, chyba nie możne było nie czuć się bezpiecznie. Pociąg odjeżdżający w kierunku miasta czekał na ostatnie osoby wychodzące ze stadionu, wtedy też chyba po raz pierwszy poczuliśmy, że naprawdę warto było rzucić wszystko na te kilka miesięcy i wyjechać z Poznania.

 

Kiedy marzenie staje się tak bardzo realne

 

Ostatni dzień przeznaczyliśmy na Wersal. Dotarcie do niego jest trochę bardziej skomplikowane niż do pozostałych godnych zobaczenia miejsc. Miotaliśmy się między pociągami i bramkami metra, aż  w którymś momencie doszliśmy do wniosku, że może warto odpuścić, usiąść w jednej z kawiarni, wypić kawę, zjeść wielkiego naleśnika z czekoladą i popatrzeć sobie na Luwr, na ludzi, wypisać kartki pocztowe i na spokojnie odebrać rzeczy z hotelu. Tak też zrobiliśmy, a Wersal nadrobimy następnym razem, bo przecież kiedyś do Paryża wrócimy.  

 

Powrót do Bremen upłynął w o wiele milszej atmosferze niż trasa Bremen-Paryż, pan kierowca miał ogromny dystans do firmy, w której pracuje jak i do swoich kolegów. W Norddeich zapakowaliśmy rzeczy do kontenerów a sami udaliśmy się do miasta. Po drodze moje sandałki mocno zaprotestowały i wymieniliśmy je na o wiele praktyczniejsze trampki. Była niedziela, komunikacja miejska kursowała rzadziej i leniwiej, buty zaczęły mnie obcierać i w efekcie spóźniliśmy się na prom. Rzeczy popłynęły, my zostaliśmy. Na szczęście latem kursują (niemal zawsze) dwa promy, więc załapaliśmy się na kolejny 😉

 

No comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

x Close

Polub nas na Facebooku