fbpx

Bukit Lawang – noc w dżungli i orangutany

Bukit Lawang to jedna z najpopularniejszych osad na Sumatrze. W ciągu sezonu ( i nie tylko) nawiedzają ją licznie turyści pragnący zobaczyć na żywo orangutany zamieszkujące pobliską dżunglę. Mimo, że wyprawa nie za wiele ma wspólnego z eksploracją dzikich terenów i tropieniem zwierzyny, fajnie czasem wybrudzić się od stóp do głów błotem, przejść kilkanaście metrów rzeką i nasłuchiwać odgłosów tropikalnego lasu. Poniżej czeka na was relacja z naszego pobytu w wiosce i trekkingu rzecz jasna!

Ale od początku…  Opuszczamy halę przylotów lotniska w Medanie. Kilkanaście metrów dalej otaczają nas z każdej strony kierowcy taksówek i autobusów. Są nachalni a to dopiero początek naszej przeprawy przez północną część indonezyjskiej Sumatry. Podążając za lokalsami, rozsiadamy się w jednym z rozklekotanych busów. Nie ma bagażników, więc plecaki próbujemy ścisnąć razem z dobytkiem pozostałych pasażerów. Naszym celem jest wspomniane wyżej Bukit Lawang. 

 

 

Jakoś w połowie drogi okazało się, że autobus nie jedzie bezpośrednio tam dokąd byśmy chcieli. Trzeba się przesiąść w miejscowości Binjai, którą będziemy przeklinać już po kilku minutach swojego pobytu. Nie raz i nie dwa doświadczaliśmy na własnej skórze traktowania turystów jak chodzące bankomaty. Z pewnością bogatsi przyjezdni  z Europy czy Ameryki sami sobie (i nam) na to zasłużyli. Płacąc z góry żądaną kwotę, przyzwyczaili miejscowych, że cenę zawyżać mogą nawet kilkanaście razy. Nie mamy problemu z tym, żeby lokalsi dorobili sobie na obecności turystów, którzy eksplorują ich tereny. Jednak będąc w kilkutygodniowej podróży, należy wydatkami gospodarować dość oszczędnie. Negocjacje ceny biletu na dalszy odcinek trasy dosłownie wyprowadziły nas z równowagi. Faceci śmiali się nam w twarz, powtarzając non stop jakąś horrendalną jak na lokalne stawki kwotę. Bardzo szybko dogadali się też między sobą, żeby czasem nikt nie podał niższej sumy. A my? Zarzuciliśmy plecaki i ruszyliśmy przed siebie. Nie mieliśmy żadnego planu, ale tego panowie się nie spodziewali. Zaskoczeni, że nie wsiedliśmy potulnie do busa, podążali za nami wzrokiem. Zdążyliśmy przejść pierwszy z mostów i dogoniła nas delegacja na skuterku. Podali nieco niższą cenę, w dalszym ciągu zawyżoną dużo za dużo. My podaliśmy ostateczną kwotę jaką jesteśmy w stanie zapłacić. Tamci pojechali się naradzić. Kiedy wrócili napatoczył się van jadący w naszym kierunku. Panowie szybko zwęszyli okazję, zawierając umowę z jego kierowcą. Otóż za o wiele normalniej brzmiącą stawkę mieliśmy dojechać na miejsce, oni dostają „prowizję” i wszyscy zadowoleni. Tym sposobem zamiast tłoczyć się w chickenbusie z bagażami i nierozstającymi się z papierosami miejscowymi, mieliśmy cały pojazd dla siebie 😉 W tej historii nie chodzi o to, żeby za wszelką cenę targować się o kilka rupii, ale o to, żeby zwyczajnie nie zgadzać się na barbarzyńskie zawyżanie cen.

 

 

Trasa do „naszej” wioski nie należała do najprzyjemniejszych. Stan dróg jak i umiejętności kierowcy pozostawiały wiele do życzenia. Ciągłe próby wyprzedzania, jazda poboczem, nadmierne używanie klaksonu etc. Wysiadając na parkingu w Bukit Lawang, nasze żołądki odczuły sporą ulgę. Bardzo szybko wypatrzył nas człowiek, który miał nas zaprowadzić do położonego nad rwącą rzeką hostelu. Chcąc nie chcąc zgodziliśmy się i człapaliśmy za nim, omijając różnorodne przeszkody. Na widok miejscowych mostów nasza wyobraźnia lekko zbzikowała. A jak zobaczyliśmy mieszkańców przejeżdżających po nich skuterami, nie mieliśmy już żadnych pytań 😉

 

Nasz gospodarz przywitał nas z uśmiechem i zaprowadził do pokoju. Okazało się, że w wyniku małych zawirowań zamiast klasycznej dwójki, dostaliśmy pokój rodzinny. No cóż, niech już będzie ;D Szybko przystąpiliśmy do rezerwowania trekkingu z noclegiem w dżungli i spływem rzeką. Oczekiwanie na wymarsz umilała nam indonezyjska kuchnia (kurczak, ryż, warzywa, prażynki) i złodziejaszki makaki, którym ze dwa razy udało się podwędzić coś z naszych talerzy!

 

Jeśli będziecie szukać noclegu, polecamy poniższy guesthouse, jest gdzie spać, jest gdzie zjeść, można wycieczkę ogarnąć a i przejazd busem zaklepać 😉

 
 

Nad rzeką Bahorok działa kilka hosteli, znajdzie się też jakiś bar i stoiska z lokalnym rękodziełem. Można kupić drewniane wyroby, biżuterię lub barwne ubrania. Każdy ze sprzedawców opowiada nam o legendarnej orangutanicy Minie, której zdarzyło się ugryźć człowieka. Tę samą historię słyszymy później od naszego przewodnika w czasie wędrówki.  

 

 

Bukit Lawang położone jest na skraju Parku Narodowego Gunung Leuser. Razem z parkami narodowymi Bukit Barisan Selatan i Kerinci Seblat w 2004 roku wpisane zostało na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Ten konkretny region Sumatry słynie z działań na rzecz ochrony orangutanów uznawanych za gatunek zagrożony. Szacuje się, że na Sumatrze żyje dziko jedynie 7300 osobników. Prowadzone są specjalne ośrodki i sierocińce zapewniające ochronę małpom, które ucierpiały wskutek m.in. wypalania lasów czy działań mających na celu wydobywanie surowców naturalnych.

 

Nasz trekking rozpoczął się około 10-tej rano, w pierwszym etapie towarzyszyli nam licencjonowany przewodnik i młody turysta z Anglii. Co kilka, kilkanaście metrów przystawaliśmy, żeby przyjrzeć się prezentowanym nam przez okazom roślin lub mniejszych zwierząt. Można powiedzieć, że jako pierwsze w dżungli powitały nas przedstawicielki gatunku Thomas’s Leaf Monkey. Warto podkreślić, że jest to gatunek endemiczny, występujący właśnie w rejonie północnej Sumatry. Kolejno były wielkie mrówki, dziki paw, kilka pijawek, które na cel obrały sonie nasze stopy, jaszczurki i słyszane z daleka tukany. Nie będziemy ukrywać, że największy zachwyt wywołał pierwszy ze spotkanych orangutanów. Był to samiec, niezbyt zadowolony z naszej wizyty (zrzucał w naszym kierunku gałęzie drzew). Ogromne zwierzę sprawiło, ze przez dłuższą chwilę czuliśmy się bardzo malutcy. Orangutany to jedyny gatunek małp człekokształnych, który spędza większość czasu na drzewach. Budują w ich koronach swoje gniazda, w których śpią i odpoczywają. Wspinaczkę ułatwia im budowa ciała, a konkretniej rąk – 4 palce i przeciwstawny kciuk – brzmi znajomo?  

 

Podczas swojej wędrówki nie spotkaliśmy Miny ani Jackie (przeciwieństwo tej pierwszej, bardzo lubi towarzystwo ludzi i czasem próbuje ich dotknąć), nie musieliśmy więc płacić łapówki w postaci owoców, żeby bezpiecznie przejść. Podczas lunchu również nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. W swoim plecaku nasz przewodnik niósł porcje dla wszystkich. Ryż z mięsem i warzywami zawinięty w liście bananowca i świeże owoce . Wyjątkowo smaczne, zwłaszcza po pokonaniu 1/3 trasy 😉 Baterie zostały podładowane, można ruszać dalej. A dalej to kilka kolejnych pięknych okazów, w tym majestatyczny samiec.  

 

Sam trekking nie należał do najcięższych, trochę z górki, więcej pod górkę. Dało się przeżyć dopóki nie lunął deszcz. Wtedy już wszystkim było obojętne czy zedrą spodnie, zahaczą o gałąź czy zjadą błotnistą górką na dupie. Nasze plecaki zostały zapakowane w plastikowe worki i w strugach deszczu kontynuowaliśmy wędrówkę, żeby jak najszybciej dojść do obozowiska. Na miejscu czekała już dwójka chłopaków, którzy donieśli świeży prowiant z wioski, rozpalili ognisko i przygotowali nasze legowiska (materace i poszewki).

 

Po zrzuceniu przemoczonej odzieży wzięliśmy kąpiel w rzeczce i raczyliśmy się gorącą herbatą z imbirem. Tak naprawdę nie byliśmy daleko od centrum wioski, bo co jakiś czas słyszeliśmy „odgłosy miasta”, jednak załamanie pogody dodało smaczku całej wędrówce.

Po obfitej kolacji, siedzieliśmy w rekreacyjnym namiocie i w blasku świec słuchaliśmy ciekawostek o dżungli. Później przyszedł czas na gry. I okazało się, że naprawdę niewiele trzeba, żeby przyjemnie spędzić wieczór. Kilka zapałek, parę słów po angielsku i zabawa przednia. Od czasu do czasu przerywana słynną w tym regionie piosnką:

 
 „Jungle trek, jungle trek in Bukit Lawang,

see the monkeys see the birds ,

see orangutans

 

Jungle trek, jungle trek in Bukit Lawang

see the monkeys see the Mina

everybody run”

 

śpiewanej do rytmu słynnego   „Jingle bells” 😉

 
 

Do snu utuliły nas ciężkie krople uderzające w prowizorycznie sklecony namiot. Może to i lepiej? ;D

O poranku z powrotem powitało nas słońce i kubek gorącej kawy w towarzystwie kilkuwarstwowej kanapki. Nasłuchując odgłosów dżungli, obserwowaliśmy otoczenie. W tym czasie przewodnik i jego pomocnicy zwinęli obozowisko i mogliśmy ruszać dalej, początkowo wzdłuż rzeki. Po drodze minęliśmy kilka innych ekip, które podobnie jak my właśnie rozpoczynały dzień. Drugie śniadanie zjedliśmy w pobliżu wodospadu, z możliwością wzięcia orzeźwiającego prysznica. Tym razem bogato wypełnione liście bananowce przyciągnęły wspomniane już wyżej Thomas’s Leaf Monkeys. Wskakując na górujące nad nami drzewa, czekały aż spadnie im jakiś kąsek. Niestety nie trafiły na amatorów dokarmiania dzikich zwierząt, musiały zadowolić się tym, co znalazły na ziemi.  

 

Do osady nie wracaliśmy tą samą drogą, z której przyszliśmy, bowiem powrót zakładał rafting czarnymi dętkami. Na brzegu rzeki, nasze wszystkie rzeczy zapakowane zostały w foliowe worki i umieszczone na jednej z takich dętek, Wszystkie związane były sznurkiem, tak, żeby w trakcie spływu tworzyć całość. Momentami rzeka była naprawdę rwąca, nie brakowało więc okrzyków z naszej strony Przewodnicy zaś podśpiewywali wesołą swoją piosnkę o trekkingu w Bukit Lawang. Dla lubiących wodne atrakcje, spływ jest idealną propozycją. Ci, którzy za wodą nie przepadają, momentami mogą odczuwać dyskomfort, jednak na mecie będą raczej zadowoleni, że spróbowali 😉

 

Jak dotarliśmy do hostelu okazało się, że od poprzedniego dnia nie ma prądu, więc o w miarę ciepłym prysznicu czy Internecie możemy zapomnieć, ale ta chwilowa dostawa była najzwyczajniej klamrą spinającą cały trekking. W nagrodę za przejście trasy bez marudzenia dostaliśmy pamiątkowe medale na sznurku 😉

 

Cena takiej atrakcji może na pierwszy rzut oka wydawać się za wysoka (ok. 120 euro), jednak biorąc pod uwagę ile osób zaangażowanych jest w Wasze bezpieczne przejście,w dostarczenie żywności i jej przygotowanie, opłaty urzędowe etc. nie jest już tak źle. Poza tym wierzymy, że chociaż cząstka tej sumy przeznaczana jest na pomoc zwierzętom i edukację mieszkańców w zakresie ekoturystyki.  

 
No comments
Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

x Close

Polub nas na Facebooku