fbpx

Budapeszt w jeden dzień

 

Kolejne miasto, które odwiedziliśmy na początku 2016 roku to Budapeszt. Bilety w dwie strony kupione za 42 zł (tanie linie autokarowe mają swoje zalety), kilkanaście godzin w trasie i oto jest – węgierska stolica w pełnej krasie. W tej wyprawie wyjątkowo mieliśmy towarzyszy nie tylko w postaci Henryka, za które z tego miejsca dziękujemy! Zwiedzanie w parze a zwiedzanie w grupie, nawet najmniejszej to dwie inne bajki. Jest to też dobry sprawdzian umiejętności przewodnickich 😉

 

Heniek wie, czego na wycieczce zabraknąć nie może.

Budapeszt w lutym, to w dalszym ciągu zimowa aura, dlatego pierwsze kroki po opuszczeniu autokaru skierowaliśmy do kawiarni, nie byle jakiej – specjalizującej się w parzeniu kawy sposobami podpatrzonymi za granicą.. Fotografie wiszące na ścianach dowodziły, że założyciel sieciówki w świecie bywał i to często. A sama sieciówka zwie się Cafe Frei – polecamy!
Minusowa temperatura, całonocna podróż, marzysz o gorącej, mocnej i słodkiej kawie a zamawiasz mrożoną z dodatkiem rumu (bodajże jamajska). Dzielnie pijesz, powtarzając sobie w głowie durna, durna, durna ;D

Niby wszyscy zaopatrzeni byliśmy w jakiś tam przewodnik, ale początkowo poznawanie miasta szło dość opornie. Z góry jednak wiadomo było, że ukoronowaniem całej wyprawy będzie budynek parlamentu oglądany późnym wieczorem. Każdy liczył też na dopieszczenie swoich kubków smakowych. Do wieczora jednak jeszcze sporo czasu. A samo się nie zwiedzi.

 

5 par oczu wypatrujących, czy spadnie, czy może jednak nie 😉

Dzisiejsza stolica Węgier powstała w wyniku połączenia miasta Buda z miastem Peszt. Ich naturalną granicę stanowił niegdyś Dunaj. Swoją przygodę z miastem bratanków rozpoczęliśmy od tej pierwszej części, w której udało nam się zlokalizować metro. Pierwszą z atrakcji, która ukazała się naszym oczom był majestatyczny (mimo, że najkrótszy w mieście) Most Wolności. Zanim na niego weszliśmy, szczęki opady nam na widok hotelu Gellért oraz przechadzających się wokół niego pracowników odzianych w piękne płaszcze i cylindry. Ukłucie żalu, że przyjechaliśmy tylko na 1 dzień towarzyszyło nam przez krótką chwilę, ale jakoś je przezwyciężyliśmy 😉
Zostawiamy za sobą cytadelę i wzgórze Gellerta i ruszamy, co chwile przystając, żeby przyjrzeć się detalom ozdabiającym most. Pogoda trochę psuje szyki związane z fotograficznymi zapędami, ale nic to! Co ciekawe, stojąc na moście zauważyć można, całą „serię” mostów postawionych w jednej linii, równolegle do siebie, zarówno za jak i przed Mostem Wolności.

Ten mostek prezentuje się równie przyzwoicie:)

Po dotarciu w rejony Pesztu, dosyć szybko trafiliśmy na Wielką Hale Targową. Nie omieszkaliśmy zajrzeć do środka, w poszukiwaniu lekkiej, taniej i lokalnej przekąski, toalety i kubka do kolekcji. Toalety, jak i przekąski nie należały do najtańszych, nie wspominając o cenach węgierskiego wina tokaj. W podziemiach hali znaleźć można sklep, parter to stragany z typowo węgierskimi wyrobami, słodyczami, warzywami oraz cukierniami. Na piętrze usytuowane są małe jadłodajnie, restauracja oraz bar. Miejsce to jest oblegane zarówno przez turystów, jak i miejscowych. Zajadać się można gulaszem, langoszem, przeróżnymi plackami, kiełbaskami itd.
Do hali zaglądaliśmy kilkakrotnie i w końcu sami skusiliśmy się na węgierskie słodkości. Bardzo dobre i świeżo upieczone. Szybko zauważyliśmy też, że wielu mieszkańców miasta lubi wiedzieć, skąd przybyli do nich konkretni turyści. Na hasło Polska, za każdym razem pojawiał się wielki uśmiech i próba wypowiedzenia jakichś słów w naszym języku. Bardzo to miłe i mające duży wpływ na ocenę samego miasta.

Królowa jest tylko jedna!

A jak Budapeszt od strony architektonicznej? Baaardzo dobrze! Taki trochę drugi Wiedeń, gdzie się nie spojrzy tam coś ciekawego, zadbane kamienice, oryginalne lokale, mnóstwo pomników i skwerów, które latem z pewnością zachęcają do zwolnienia tempa.
Przechadzka uliczkami handlowymi sprawiła, że szybko zakwalifikowaliśmy Budapeszt do puli drogich miasto. Bez względu na to, czy interesowały nas magnesy, koszulki czy menu obiadowe, ceny były zdecydowanie EUROPEJSKIE.

Swój swojego zawsze znajdzie 😉

Heniek pozował, gdzie tylko się dało. W drodze do Zamku Królewskiego napotkaliśmy Małego Księcia, który chyba podobnie jak my, nie mógł doczekać się wiosny. Chcąc dotrzeć w rejony Zamku Królewskiego pokonać trzeba Most Łańcuchowy, strzeżony z obu stron przez wielkie kamienne lwy. Na zwiedzanie wnętrz zamku się nie skusiliśmy, ale widok z tarasu robi naprawdę niezłe wrażenie. Mimo średniej przejrzystości powietrza, wszystkie atrakcje znajdujące się po drugiej stronie rzeki, z parlamentem na czele, prezentowały się wyśmienicie.
Na tarasie napotkać można wiele fontann, ale chyba żadna nie wbija się tak bardzo w pamięć, jak ta przedstawiająca króla Macieja w trakcie polowania. Czego tam nie ma?! Od samej góry, dominująca postać władcy, leżący u jego stóp martwy jeleń, wierni towarzysze – ogary, sokolnik, kobieta z łanią oraz dwie męskie postaci. Na nasze nieszczęście fontanna była nieczynna i nie udało nam się zobaczyć, jak całość prezentuje się pośród strumieni wody.

Panie Bronisławie, co Pan wiesz o polowaniu? ;D

Zmarznięci i głodni bardzo szybko obraliśmy wspólny cel – obiad i grzane wino. Przez cały dzień powtarzaliśmy, że na pewno nie skusimy się na opcję typu menu turystyczne, czyt. niska cena, typowo węgierskie dania, jednak niekoniecznie dobre. I gdzie wylądowaliśmy? W knajpie oferującej właśnie takowe menu. Namówił nas pan, którego zadaniem jest nastręczanie klientów. Ze swoich obowiązków wywiązał się zatem wyśmienicie. Zaserwowane nam dania były średnie, poprawne, ale bez fajerwerków, na które liczyliśmy. A wino? Smakowało jak kompot wiśniowy, ale przynajmniej na chwilę nas rozgrzało.
Po uzupełnieniu kalorii przyszedł czas na punkt główny programu. Nie przeszkodziła nam mżawka ani chłód. Daliśmy radę i zdecydowanie było warto! O ile budynek parlamentu oglądany za dnia wywołuje w turystach uczucie, które wyrazić można jako WOW, o tyle gmach podziwiany nocą powoduje, że stoisz, gapisz się i w myślach gratulujesz sobie, że wpadłeś/łaś na pomysł przyjechania do Budapesztu właśnie. Iluminacja przyciąga każdego, a spacerując brzegiem Dunaju jest jeszcze lepiej, oświetlony jest także zamek i sąsiadujące z nim mniejsze budynki, mosty i stateczki dryfujące po wodzie. Gdyby nie rozkręcająca się z każdą minutą coraz bardziej ulewa, stalibyśmy jak zaczarowani jeszcze z godzinę. 

Z każdej strony wygląda równie dobrze!

Korzystając z tramwajów, które wyglądem bardzo przypominają charakterystyczne żółte pojazdy spotykane na lizbońskich ulicach, udajemy się w poszukiwaniu baru i przekąsek. Reszta wieczoru upływa nam przy lokalny piwie, słodkich bułkach i pogawędkach. W trakcie ostatnich zakupów i związanym z nimi szperaniem w plecaku, uwagę sprzedawcy przykuwa Henryk. Jest nim zachwycony i pokazuje nam swój tatuaż przedstawiający „trzy mądre małpy”. Mimo próśb, Heńka nie mogliśmy mu zostawić, ale wlepkę, jak najbardziej. Od tamtej pory często gości na naszym profilu 😉

Ostatnia godzina w stolicy Węgier to piwo spijane w maleńkiej poczekalni na dworcu i kilka partyjek makao. Walka o miejsca w polskim busie zakończyła się pozytywnie, dzięki czemu droga do Krakowa nie była taka straszna, jak można było ją malować 😉

No comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

x Close

Polub nas na Facebooku