fbpx

Bangkok da się lubić!- czyli co warto zobaczyć w stolicy Tajlandii!

Ogarniaj się, zejdziemy coś zjeść rzekł Szkodnik. Mimo godziny 10:00, która wybiła już jakiś czas temu, nie spieszyłam się zbytnio. Każda minuta w pokoju dłużej, zwiększała szanse, że pod budynkiem rozstawiła się już kobieta sprzedająca przepysznego kurczaka w panierce. Wiecie jak to jest. Bierzesz małą porcyjkę na próbę, a później wracasz po cały woreczek 😉 Oferowane  przez nią specjały były naprawdę przepyszne, KFC przy tym to zwykłe ścierwo. Zjawiała się tylko na 3-4 godziny w ciągu dnia, więc czasem trzeba było liczyć na łut szczęścia.
Wychodzimy na skąpaną w słońcu ulicę. Za wcześnie, jeszcze jej nie ma. Siadamy więc przy stoisku z osmalonym wokiem, w którym przygotowuje się klasyk tajskiej kuchni – pad thai’a. Szkodnik zamawia, ja ruszam do sklepu po zimną kawę. Wracając, rzucam okiem w kierunku naszego budynku i jest! W tak krótkim czasie stoisko z kurczakiem (i nie tylko), stoi już w pełnej gotowości. Olej bulgocze, kawałki mięsa piętrzą się na wózku, a przed nim ustawiają się pierwsi klienci. Za jakiś czas do nich dołączę, bo przecież nie wiem, kiedy znów zawitamy do Bangkoku 😉

Do miasta pełnego skrajności, które bardzo polubiliśmy, w którym mamy ulubioną dzielnicę (pod kątem mieszkania), ulubione bazarki, knajpki i linię autobusową.
Mało tego, w mojej prywatnej klasyfikacji ulubionych miejsc na świecie, plasuje się dość wysoko.
Przy pierwszym pobycie w Azji jeszcze tego nie wiedziałam, teraz jestem pewna!

Myślę, że gdyby zawiązano nam oczy i teleportowano w którąś z 50 dzielnic Bangkoku, po niedługim czasie, przy pomocy pozostałych zmysłów odgadlibyśmy, że jest to Miasto Aniołów.
Należymy do głosicieli tezy że ma ono swój niepowtarzalny klimat, na który składają się zarówno plusy jak i minusy. Oczywiście nie moglibyśmy zamieszkać tam na stałe. Temperatura często nie pozwalała nam normalnie funkcjonować. Mieszkańcy stawali się irytujący a otoczenie momentami zbyt brudne. Co innego tryb wakacje i w miarę nieograniczony czas, a co innego codzienne obowiązki, praca i funkcjonowanie w tak ogromnym mieście.

O tym, na co tak naprawdę się zdecydowaliście, wybierając ten kierunek podróży, dowiecie się tuż po opuszczeniu hali przylotów. Zderzycie się ze ścianą gorącego powietrza i będziecie zaczepiani przez taksówkarzy. Jest też opcja, że bezpośrednio z budynku lotniska wsiądziecie do klimatyzowanej kolejki, która zawiezie Was do miasta. Wówczas szok termiczny zostanie trochę odwleczony w czasie. Ale i tak go doznacie!
Podstawą udanego pobytu jest kwatera. My wypróbowaliśmy kilka i mamy faworyta, do którego później wracaliśmy. Na pierwszy ogień wzięliśmy jednak apartament w jednym z wyrastających, jak grzyby po deszczu, wieżowców. Trzeba sobie przecież na ten Bangkok popatrzeć z góry, zwłaszcza nocą;)  

Wracając na pogrzeb króla zaliczyliśmy wielką wtopę noclegową. Trafiła nam się nora tak zasyfiała, że od razu pogratulowaliśmy sobie pomysłu zabrania własnych śpiworów. Na dodatek pokoje nie były zamykane na klucz, nie było opcji typu szafki depozytowe, a łazienki, podobnie jak korytarze przypominały plac budowy. I nawet cenowo wyszło do dupy, dlatego stanowczo odradzamy Wam ten przybytek → Bang Wa Hostel.
Polecamy za to założenie konta na airnb i wynajęcie pokoju tutaj www.airbnb.pl/rooms/4681714#host-profile
Dobra lokalizacja. W sąsiedztwie lokalny bazarek, pralki, 7eleven (sklep czynny całą dobę), salony masażu i kilka stoisk ze smacznym jedzeniem. Pokoje są małe, ale bardzo czyste i klimatyzowane. Właściciel jest pomocny, na bieżąco przekazuje informacje o wydarzeniach
i atrakcjach w pobliżu. 

Macie już kwaterę. Co dalej? Zapas czasu. Wydaje się Wam, że najciekawsze miejsca odhaczycie w dwa dni? Błąd! Chyba, że lubicie biegać spoceni, w amoku, na oślep robiąc zdjęcia, bo za chwilę zamkną Wat Arun, albo odpłynie ostatnia łódka. A gdzie miejsce na przejażdżki miejskimi busami (opcja o wiele tańsza niż metro) i wysiadanie z nich, jak coś przykuje Waszą uwagę? A co z nocnymi bazarami? A jak nie wpuszczą Was na teren Wielkiego Pałacu, bo strój nieodpowiedni? Psikusa sprawić może Wam też żołądek, także nie spieszcie się, obserwujcie, celebrujcie, zapamiętujcie! Pozwólcie miastu na to, żeby Was wchłonęło. Gwarantujemy,że wtedy zapamiętacie je lepiej.

Gdybyśmy mieli oprowadzać kogoś po Bangkoku, bez względu na jego wyznanie, zawitalibyśmy do kilku świątyń. Na rozgrzewkę do tych mniej znanych, rozsianych po całym mieście. Po co? Po to, żeby dać im możliwość porównania z tym, co znają. Żeby przyjrzeli się buddyjskim modłom. Żeby ucięli sobie pogawędkę z mnichem. Żeby poczuli chłód posadzki pod bosymi stopami i żeby zakręciło im się w nosach od zapachu kadzidełek. 

Po regeneracji związanej z długim lotem i pierwszych próbach tajskiego jedzenia, zaproponowalibyśmy wizytę w kompleksie Wielkiego Pałacu Królewskiego, najlepiej w godzinach porannych. Niech tym razem blask i przepych zwalą ich z nóg! 😉

Zajrzelibyśmy do znajdującego się w sąsiedztwie Leżącego Buddy, a następnie wsiedli w łódkę i popłynęli na drugi brzeg Menamu. Cel? Świątynia Świtu. Zaopatrując się w grillowane przysmaki i mrożoną herbatę obejrzelibyśmy spektakl zachodzącego słońca, który lada moment rozegra się na niebie. Jako przedsmak nocnych marketów wybralibyśmy ten położony nieopodal Baiyoke Sky Hotel. Wracając do kwatery, złapalibyśmy zimnego Changa i popijając podziwiali nocną panoramę.

Z pewnością wybralibyśmy się na Nonthaburi Market, na którym mieszkańcy kupują świeże owoce, warzywa, mięso, ryby, przyprawy, drobny sprzęt AGD, kosmetyki, lekarstwa, ubrania itd.
Dotrzeć tam można promem odpływającym m.in. z przystanku Phra Arhit, znajdującego się nieopodal mekki wszystkich turystów – Khao San Road. Nie decydujemy się na nocną wizytę w tej części miasta, bo nic nas nie urzekło na tyle, żeby tam wracać. Tłumy białoskórych popijających piwo. Stoiska z pamiątkami, salony tatuażu i leżaki, na których można skorzystać z masażu. Do tego sporo knajp z europejską kuchnią i dość drogie dania lokalne. Nie mamy też ochoty na powrót po latach w rejony Patpong Night Market, na którym oprócz tandetnych towarów znaleźć można wiele klubów erotycznych, barów dla homoseksualistów czy miejsc spotkań z ladyboyami. Amatorzy podobnych „atrakcji” mogą obejrzeć tam ping pong show. Nie brakuje też mężczyzn przyjeżdżających w celach seksturystycznych, traktujących Tajki bardzo przedmiotowo.  W poszczególnych knajpach wybierają sobie dziewczynę zazwyczaj spośród tancerek. W pierwszej kolejności uiszczają opłatę właścicielowi klubu, za to, że „wybranka” opuszcza swoje miejsce pracy. Kolejna opłata ustalana jest już bezpośrednio z dziewczyną. Zdarzają się też przypadki, że mężczyźni przeprowadzają się do Tajlandii na kilka miesięcy, utrzymując w tym czasie całą rodzinę dziewczyny. Po jakimś czasie wracają do swojego kraju, czasem w towarzystwie egzotycznej narzeczonej. 
Z miejsc polecanych, w które również sami zawitaliśmy, odpuścilibyśmy Ratchada Train Night Market. Nie ma w nim nic nadzwyczajnego, mnóstwo turystów, niezbyt duży wybór potraw, kilka barów i wiele podrabianych towarów. 

Zakładając, że nasz pobyt w Bangkoku obejmowałby weekend, zajrzelibyśmy na Chatuchak Market, zostawiając tam swoich towarzyszy. O jednym z największych bazarów na świecie pisaliśmy już tutaj http://henrykwterenie.pl/chatuchak-market/ . My w tym  czasie wpadlibyśmy do Chatuchak Parku, żeby odsapnąć chwilę od zgiełku miasta. 

Po tym, jak nasz organizm przywykł już nieco do zmiany klimatu, a my sami czujemy się nieco swobodniej w tym wielkim mieście, na kolejny cel obralibyśmy Chinatown. W godzinach porannych warto tam wpaść ze względu na świątynię Wat Traimit, w której podziwiać można Złotego Buddę. Figura waży ponad 5 ton i według oficjalnych informacji, w całości wykonana jest ze złota. 

Wieczorem chińska dzielnica ożywa za sprawą handlarzy i ulicznych garkuchni, które ciągną się całymi pasmami. Dotychczas, oferowane tam przysmaki nie przekonały nas zbytnio do siebie, ale każdy ma inny gust 😉

Z miejsc, do których sami jeszcze nie dotarliśmy, na pierwszy ogień poszłaby Złota Góra i wodny targ Taling Chang (odbywający się tylko w weekendy). Ostatnio w książce Urszuli Jabłońskiej („Człowiek w przystępnej cenie”) przeczytałam też o szkole gotowania założonej przez mieszkankę miejskich slumsów. Zajęcia odbywają się w miejscu,z  którego pochodzi. Dzięki swojej pracy, może w dalszym ciągu wspierać ubogich sąsiadów.   
Zainteresowanych odsyłamy na oficjalną stronę www.cookingwithpoo.com/
Tych, którzy lubią połączenia wielkomiejskiego krajobrazu i zieleni, zabralibyśmy do Parku Lumpini, w którym podobno bardzo często spotkać można wygrzewające się w słońcu warany. Siedząc w sercu metropolitańskiej oazy o odpowiedniej godzinie, łatwo uchwycić w kadrze szklane wieżowce na tle zachodzącego słońca.

Niejednokrotnie Bangkok stawał się dla nas bazą wypadową do pobliskich miast i atrakcji, o których opowiemy już wkrótce. Najlepiej dotrzeć do nich z dworca kolejowego Hua Lampong, który może czasy świetności ma już za sobą, ale człowiek czuje się na nim całkiem swojsko 😉

No comments
Udostępnij

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

x Close

Polub nas na Facebooku