fbpx

Autostop w Tajlandii

Żar leje się z nieba, plecaki już dawno zrzucone, a w dłoniach kartki składające się na napis Hat Yai. To nasze target na dziś, który pozwoli nam sprawnie dotrzeć na granicę z Malezją. Malutkimi odcinkami posuwamy się naprzód. 30 kilometrów, 20 i tak w kółko. Od kilkunastu minut stoimy przy jednej z lokalnych szkół. Dzieciaki ochoczo podbiegają do bramy, zapewne zastanawiając się co te białaski robią. Nie możemy porozmawiać, bo dzieli nas przepaść językowa. Skinieniem głowy pozwalają jednak na zrobienie kilku zdjęć. Tym czasem nam kończy się już woda, sklepu nie widać a robi się coraz goręcej. Powoli zaczynamy rozważać przejazd autobusem, które zatrzymują się najczęściej. Bo autostop w Tajlandii działa tak sprawnie i prosto jak mogłoby się wydawać. Dlaczego?

Przede wszystkim dlatego, że jest to sposób podróżowania mało popularny w tym kraju.  Każdy ma swoje auto lub skuter, a jeśli nie, korzysta z publicznego transportu. Kilkadziesiąt razy przyszło nam tłumaczyć samą ideę autostopu. Rozmowa przebiegała mniej więcej tak:

  • Wsiadajcie, zawieziemy Was na dworzec autobusowy
  • Ale my nie chcemy jechać autobusem.
  • Zaraz, zaraz. Chcecie dotrzeć do Hat Yai?
  • Tak, ale nie autobusem. Może zabierze nas ze sobą ktoś, kto jedzie w tym kierunku.
  • Czyli chcecie jechać czyimś samochodem? Za darmo?
  • No tak.
  • Tutaj to Wam się nie uda / To za daleko/ Lepiej jedźcie na ten dworzec – odpowiedzi usłyszane najczęściej.
  • Oczywiście od czasu do czasu trafiał się ktoś, komu hasło „autostop” mówiło znacznie więcej lub po prostu chcieli być pomocni. Polepszanie karmy, troska o turystów itd. Nie zapominajmy jednak, że Tajowie to ludzie, którzy niemal nigdy nie przyznają się do swojej niewiedzy. Nawet jeśli chodzi o „drobnostki” typu kierunek czy liczba kilometrów. Kilka razy zostaliśmy wywiezieni dosłownie w pole, przeklinając w myślach kierowcę i siebie samych. Zdarzały się też propozycje od taksówkarzy. Za każdym razem widok zatrzymującej się taksówki, bawił tak samo. Mina taksówkarza, który liczył na złoty kurs bezcenna. Czasem na pożegnanie rzucali „i tak się Wam nie uda” ;D

Oczywiście od czasu do czasu trafiał się ktoś, komu hasło „autostop” mówiło znacznie więcej lub po prostu chcieli być pomocni. Polepszanie karmy, troska o turystów itd. Nie zapominajmy jednak, że Tajowie to ludzie, którzy niemal nigdy nie przyznają się do swojej niewiedzy. Nawet jeśli chodzi o „drobnostki” typu kierunek czy liczba kilometrów. Kilka razy zostaliśmy wywiezieni dosłownie w pole, przeklinając w myślach kierowcę i siebie samych. Zdarzały się też propozycje od taksówkarzy. Za każdym razem widok zatrzymującej się taksówki, bawił tak samo. Mina taksówkarza, który liczył na złoty kurs bezcenna. Czasem na pożegnanie rzucali „i tak się Wam nie uda” ;D

Dzięki swojej cierpliwości i przyjaznym ludziom udało nam się pokonać odcinek Krabi – Hat Yai (ok. 300 km autostopem). Początkowe, drobne odcinki pokonywaliśmy na pace pick-upów, tak bardzo uwielbianych w Tajlandii. Niektóre całe zawalone materiałem budowlanym, jeden tak zardzewiały, że zastanawialiśmy się, czy za chwilę nie wypadniemy. Pewna muzułmańska rodzina rozścieliła nam kocyk i przez okno częstowała świeżym liczi.

Siedząc sobie wygodnie, podziwialiśmy mijane miasta i wioski. Bądź co bądź przyjemną podróż przerwał deszcz, który nasilał się z każdą minutą. Kierowca zjechał na najbliższy parking. Zapytał nas czy mamy kurtki przeciwdeszczowe. Pokiwaliśmy głowami, dziękując za podwózkę i żegnając się z naszym dobroczyńcą. On jednak miał inny plan 😉 Upewnił się, że plecaki i siebie owinęliśmy szczelnie kurtkami i pokrowcami i kontynuowaliśmy wesołą wycieczkę. Co jakiś czas wychodziło słońce, udawało nam się wyschnąć, po czym znów przychodził deszcz. Dla nas ważniejsze były pokonywane kilometry i wizja Malezji, będącej na wyciągnięcie ręki.

W Hat Yai zatrzymaliśmy się na stacji paliw. Okazało się, że w międzyczasie ktoś z rodziny zadzwonił po dziewczynę, która biegle mówiła po angielsku. Na miejsce dotarła skuterem i po chwili tłumaczyła nam pytania zadawane przez kierowcę i jego żonę. Przede wszystkim chcieli upewnić się, że poradzimy sobie ze znalezieniem hotelu. Zapewniając kilkakrotnie, że damy radę, pożegnali nas serdecznie, życząc powodzenia w dalszej podróży.
Pogoda w dalszym ciągu nie dawała za wygraną, a nas powoli łapał głód. Oferta na bookingu była dość biedna. Za bardzo się nie dogadaliśmy co do wyboru i ostatecznie wylądowaliśmy w ośmioosobowym dormitorium. Osobiście nie lubię nocować w tego typu miejscach, ale tym razem nie było innego wyjścia. Pocieszeniem stał się snickers, którego kupno rozważałam od kilku dni. Wszak słodycze sprowadzane z Zachodu, w Tajlandii są „tak” drogie 😉

Podsumowując, jeśli ktoś mówi Wam (lub pisze), że autostop w Azji to bułka z masłem, to łże! Albo ma szczęście. Nasze doświadczenia pokazały, że nie zawsze jest kolorowo. Warto trochę z tą kartką postać i próbować, ale zdarzało się, że zrezygnowani łaskawie pozwalaliśmy odwieźć się na autobus. Wszystko zależy od tego jakim zapasem czasu dysponujecie i jak długi odcinek zamierzacie pokonać. Co do bezpieczeństwa, mamy same dobre wspomnienia. Przy pierwszej trasie (do Chiang Mai) był lekki stresik, ale minął.

No comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

x Close

Polub nas na Facebooku