fbpx

Amsterdam w trzech podejściach

Amsterdam po raz pierwszy…

Nasza pierwsza próba dotarcia do stolicy Holandii zakończyła się fiaskiem. Pierwotny plan zakładał, że dostaniemy się tam autostopem w ramach cieszącego się coraz większą popularnością poznańskiego wyścigu – http://wyscigautostopem.pl/wap-2015/. Moją towarzyszką początkowo miała być Tuśka, jednak miesiąc przed startem zrezygnowała. Zdążyłyśmy odsprzedać nasze miejscówki, a wtedy Szkodnik stwierdził, że tradycyjnie zostanie moim towarzyszem. W tym samym czasie w Holandii zamieszkał mój kuzyn, jako, że jego druga połówka została w Polsce, postanowiłam zabawić się w dobrą duszyczkę i zaproponować jej wspólną przeprawę. Tym samym automatycznie zmniejszyłam powodzenie naszej misji. Łapanie stopa we trójkę jest jeszcze trudniejsze niż myśleliśmy. Nie braliśmy udziału w wyścigu, ale ruszyliśmy w ten sam dzień, co jego uczestnicy. Wbrew pozorom było to dobre posunięcie. Bo kierowcy słysząc o całej akcji w radiu chętniej zabierali pasażerów.

Przygotowany najlepiej ze wszystkich

 

Początkowo szło nam całkiem dobrze, przemieszczaliśmy się drobnymi odcinkami, ale dość płynnie. Kilkanaście kilometrów przejechaliśmy z policjantem, nie był na służbie, zmyliło nas jego auto i zachowanie i najpierw podejrzewaliśmy go o to, że nas okradnie;) Na wysokości Świebodzina utknęliśmy na dłuższą chwilę. Staliśmy się atrakcją dla miejscowych dzieci. Któreś z nich przyprowadziło nawet ojca, żeby sobie pooglądał jak bardzo nam nie idzie. Po krótkiej rozmowie stwierdził, że gdyby nie wypite wcześniej piwko, chętnie podwiózłby nas kawałek w bardziej sprzyjające łapaniu stopa miejsce. Zaoferował także, że pomoże nam jego żona, jak tylko wróci z pracy. W międzyczasie zlitowała się nad nami para w średnim wieku. Mężczyźnie na hasło „Amsterdam” zabłysły oczy, wróciły wspomnienia i myślę, że najchętniej dowiózłby nas do samego celu. Przy okazji jego partnerka miała okazję dowiedzieć się kilku smaczków sprzed lat. Przy każdym zjeździe mijaliśmy naszą „konkurencję”, uczucie, kiedy nam we trójkę trafiał się fart, a oni zostawali w tyle – bezcenne. Była to nasza pierwsza styczność z wyprawą tego typu (na tak sporym dystansie), dlatego cieszyła każda, nawet najmniejsza liczba pokonanych kilometrów.

 

Jeszcze pełni entuzjazmu, jeszcze zadowoleni

 

Przy zajeździe „Nevada” (trasa na Świecko) okrążyliśmy cały parking, pytając kierowców, czy w ich tirach znajdzie się dla nas miejsce. Jednak przy tego typu pojazdach, troje osób było sporą przeszkodą. Do Niemiec dotarliśmy z dość dziwnym chłopakiem, który zrobił nam wodę z mózgu i bardziej przeszkodził niż pomógł, ale doszliśmy do tego dopiero po czasie. Zostawił nas na jednej ze stacji paliw. Od razu zauważyliśmy koczujących tam amatorów poznańskiego wyścigu. Pierwsze słowa, które od nich usłyszeliśmy utwierdziły nas w przekonaniu, że jesteśmy w ciemnej dupie. Ale jeszcze nie opuszczał nas optymizm, a przynajmniej nie mnie. Po pierwszej godzinie nie pomagał już Henryk, nie pomagały ciastka ani widok tego, że innym też nie idzie. Zostałam wybrana na głównego rozmówcę i zamęczałam kierowców utartą śpiewką, ale żodyn nie chciał pomóc, żodyn. A nie! Jeden był bardzo dobroduszny. Kiedy zaczęło się ściemniać, temperatura leciała na łeb na szyję, a pracownicy stacji mieli już nas serdecznie dosyć, pewien Niemiec stwierdził, że nic tak bardzo nie poprawi nam nastroju jak lizaki lodowe…. Mina Eweliny, która myślała, że to batony lub ciastka bezcenna 😉 

 

Nasz świetny (na pewno taki był) plan zdał się na nic

 

Mało brakowało a zabralibyśmy się z parą Łotyszów (chyba), podróżujących wiekową ładą. Zawiodła komunikacja i nasze niezdecydowanie. Starania naszych kompanów także szły na marne, do czasu aż nie dogadali się z parą przyjemniaczków, umilających sobie postój grą na automatach. Wchodzili z reklamówką drobniaków, wychodzili z sześciopakami piwa. Jeden z nich był kierowcą. Pasażerami byli prawdopodobnie Cyganie. Wspaniałomyślnie zgodzili się pomóc dwóm parom, decydując się tym samym na zabranie większej niż dozwolona liczby osób. Nie ujechali jednak za daleko. Zatrzymała ich kontrola drogowa, jak się okazało kierowca nie miał uprawnień prowadzenia auta… Nakazano im czekać na bardziej kompetentnych policjantów. W związku z zaistniałą sytuacją nie pozostawało nic innego jak ponownie zabijać czas piwkiem i grą. Jako, że nas wciąż odsyłano z kwitkiem, ochoczo obserwowaliśmy rozwój akcji. Po jakichś dwóch godzinach przyjechali ci bardziej kompetentni, zarządzili mandat ok. 250 euro, a kierowcą mianowali jednego z uczestników wyścigu… Po tym jak wybiła 22:00 nawet Heniek stracił już nadzieję. Wmawiając sobie i innym, że mój zapał nie zniknął w dalszym ciągu atakowałam tankujących ludzi. I udało się! Ujechaliśmy jakieś 50 kilometrów, jak to się mówi „tłustą furą”. Przeżyliśmy też chwilę strachu po tym jak elegancko ubrany pan zaczął rozmawiać przez telefon w języku rosyjskim i rzucać w naszą stronę złowieszczych spojrzenia – tak, wyobraźnia działała na pełnych obrotach. 

 

"Nasza" nieszczęsna stacja

 

Zostawił nas na jakimś zadupiu, ale było ciemno, więc jeszcze nie wiedzieliśmy, że znów słabo trafiliśmy. Ponownie kroki skierowaliśmy ku stacji, a tam nikt inny tylko nasi kompani. Zrezygnowani rozłożyli karimaty i śpiwory i zalegali sobie przed wejściem, wzbudzając zainteresowanie klientów. My śpiworów nie posiadaliśmy, nocować mieliśmy w Amsterdamie, a poza tym jeszcze w Poznaniu Henryk wygrał starcie ze śpiworem i karimatą, o miejsce w plecaku. Biorąc się na sposób, zamówiliśmy ciepłe herbatki i kakao i zajęliśmy miejsca w ciepłej części barowej. Stacja położona była na wzniesieniu, do drogi, która nas interesowała był spory kawałek, czekała nas więc nocka w blasku niebieskich neonów punktu sprzedaży paliw. 

 

Heniu ma jeszcze nadzieję 🙂

 

Od pozostałych autostopowiczów dowiedzieliśmy się, że wiele osób poddało się w Świebodzinie, rozkładając namioty przy znanym wszystkim pomniku, utworzyli małe obozowisko i rozkręcili imprezę na własną rękę. My zapas gotówki wydawaliśmy na kolejne porcje kawy, herbaty etc. dzięki czemu pracownicy nie mieli prawa nas wyprosić, choć nie ukrywali, że nasza obecność trochę im przeszkadza. Przysypiając, jakoś doczekaliśmy poranka, zjedliśmy typowo szwabskie śniadanie i ruszyliśmy szukać szczęścia na drodze. Jak się okazało, na tyłach stacji mieścił się parking dla samochodów ciężarowych. Wystarczyło tylko znaleźć kierowców i poprosić o przysługę. Proste, ale niewykonalne 1 maja, kiedy to na niemieckich autostradach obowiązuje zakaz poruszania się tirami. Na dodatek cały czas siąpił deszcz. Zeszliśmy więc niżej i łapaliśmy osobówki, nawet Heniek wynurzył się z plecaka, przynosząc nam tym samym szczęście. Starsza pani widząc zrezygnowanie i zmęczenie wyrysowane na naszych twarzach podrzuciła nas do Berlina. 

 

Guten Morgen!

 

Radość była ogromna. W końcu to Berlin, stolica, stąd już rzut beretem. Byliśmy na obrzeżach miasta, tuż przy lotnisku. Mijające nas samochody odbierały powoli nadzieję na dotarcie do celu. Z pomocą przyszedł nam Polak wracający do domu. Dogadaliśmy się, że podrzuci nas na wylotówkę, bo przecież stamtąd pójdzie już gładko. Zdążyliśmy zapiąć pasy i rozlokować bagaże, kiedy wesołą pogawędkę przerwała nam nawałnica. Deszcz lał jak z cebra, towarzyszył mu grad, który odbijając się od przedniej szyby, sprawił, że odechciało nam się szukania szczęścia na drodze. Wprawdzie mieliśmy kurtki przeciwdeszczowe, ale ulotnił się gdzieś zapas determinacji. Mężczyzna, który nas zabrał, zmierzał do Żar, czyli miejscowości oddalonej jakieś 30 km od naszego rodzinnego miasteczka. Decyzję podjęła Ewelina, i zgodnie z nią zostaliśmy w aucie, rezygnując tym samym z dalszej walki. Po dotarciu do domu mieliśmy głowę pełną pomysłów, gdzie by tu sobie pojechać na pocieszenie. Brak zdecydowania, słaba pogoda i zmęczenie doprowadziły do tego, że cały weekend spędziliśmy w Szprotawie. Wbrew pozorom warto było spróbować, teraz już wiemy z czym to się je. Następnym razem, który na pewno nastąpi pójdzie nam już o wiele lepiej 😉 

 

Amsterdam po raz drugi….

Tym razem dotarliśmy! Bezpośrednio po zakończeniu sezonu na wyspie, zebraliśmy czteroosobową (plus Henryk) ekipę, wynajęliśmy auto i ruszyliśmy pogościć się w europejskiej Jamajce. Ta relacja nie będzie obfita w szczegóły, bowiem oprócz słynnego napisu, przy którym zdjęcie to typowe must have, nie zobaczyliśmy nic. Legenda głosi, że byliśmy tuż przy Pałacu Królewskim. Niestety, ja tego nie pamiętam. Oczywiście, powłóczyliśmy się trochę wzdłuż kanałów, wędrowaliśmy małymi uliczkami, a nawet tą trochę większą i najsłynniejszą Red Light District – swoją drogą szału wśród pań oferujących swe wdzięki nie było. Znudzone kobiety wręcz przysypiały na swoich „stanowiskach”, niektóre plotkowały z koleżankami, a inne przeganiały ciekawskich turystów.

Mamy i my!

 

 

Od strony imprezowej, osławiony Amsterdam zaprezentował się dosyć kiepsko. Już po godzinie 2:00 w nocy zaczęto zamykać większość lokali w centrum miasta. Podobno najlepszym dniem dla szukających wrażeń jest czwartek a nie piątek, czy sobota. 

 

 

Fan jednośladów

 

Nie omieszkaliśmy spróbować popularnych babeczek, odwiedziliśmy kilka coffeshopów, wzbiliśmy się na wyżyny chillu, bo w sumie takie było założenie, i po dwóch dniach siedliśmy w autokarze jadącym do Polski. Z krótkiego pobytu zapamiętałam kilka faktów. Na stacji paliw nie kupisz alkoholu, a zamiast hot-dogów serwuje się tam Frikadelle, czyli odpowiednik polskich mielonych. Sklepy spożywcze (głównie sieciówka Albert Heijn), zamykane są najpóźniej o 22:00, zdarzają się sytuacje, że kasjerka poprosi o dowód tożsamości nie tylko osobę kupującą np. piwo, ale także i jej towarzyszy. W holenderskich pociągach z KOLEI, bardzo spodobał mi się podział wagonów na takie, w których można dyskutować do woli, prowadzić rozmowy telefoniczne czy dyskusje z dziećmi oraz na takie, w których można napawać się ciszą, spokojem i szumem sunącej po torach maszyny… Na dworcach nie powinien dziwić widok pianina, na którym każdy, bez względu na umiejętności może sobie pograć. Dla mnie zaskoczeniem były automaty z żelem do włosów – gel to go, płacisz 1 euro i cieszysz się idealną fryzurą. Popularne jest także kupowanie jedzenia „ze skrytek”. Wrzucasz pieniążki i zajadasz. 

 

A historii tej transakcji i tak byś nie zrozumiał...
No comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

x Close

Polub nas na Facebooku